Kiedy uderzenie pioruna czyni cię muzycznym geniuszem

Opublikowano Styczeń 11, 2015 | przez lucky bastard

Jak mawia autorytet Ferdynand Kiepski: są na świecie rzeczy, które się fizjologom nie śniły. Tajemnicza choroba, której nie potrafią zdiagnozować najlepsi lekarze, uderzenie piorunem czy kopniak w tyłek nie należą do najprzyjemniejszych życiowych doświadczeń. Okazuje się jednak, że cierpienie – oprócz tego, że według niektórych uszlachetnia – może dawać super moce. Na przykład?

Doskonałą pamięć i talent malarski

Na początek mały test. Wyobraźcie sobie jakieś konkretne, charakterystyczne miejsce z wczesnego dzieciństwa. Pokój, w którym mieszkaliście mając cztery lata, czy wystrój sali w podstawówce. Trudne, prawda? Teraz będzie jeszcze trudniej. Spróbujcie przywołać w pamięci szczegóły, takie jak kolor zasłon, czy kwiatki na parapecie. Niemożliwe? Dla zwykłego śmiertelnika teoretycznie nie, ale jeśli zaistnieją odpowiednie okoliczności, jest to umiejętność, którą można odblokować.

Co nieco na ten temat mógłby powiedzieć Franco Magnani. Włoski imigrant, który w latach 50-tych opuścił rodzinne strony i przeniósł się do San Francisco. Kilkadziesiąt lat później poważnie zachorował. Miał wysoką gorączkę, drgawki i majaczył. Mało brakowało do tego, żeby się przekręcił.

W tym kiepskim stanie zebrało mu się na wspomnienia z dzieciństwa. Wciąż opowiadał o rodzinnym Pontito, niewielkiej wiosce w Toskanii. Obrazy w jego wyobraźni były tak silne, że zaczął je malować, chociaż nigdy wcześniej nie miał w ręce ani pędzla, ani farb. Był prostym człowiekiem. We Włoszech pracował jako kucharz, potem był stolarzem. Słowa “talent” czy “wena” były dla niego kompletnie obce.

To jednak nie koniec. Okazuje się, że sympatyczny Franco odtworzył obrazy wyłącznie na podstawie wspomnień sprzed kilkudziesięciu lat. Efekt? Proszę bardzo.

borkos0

 

Matematyczno-plastyczny geniusz

Niejaki Jason Padgett kompletnie nie ogarniał matematyki. Jak większość “humanistów”, czyli ludzi wszechstronnie nieuzdolnionych, musiał ściągać, żeby w ogóle zaliczać kolejne klasy. Wszystko zmieniło się pewnego wieczoru: kiedy wychodził z restauracji, został napadnięty. Dwóch barczystych brutalnie go skopało i okradło z pieniędzy. W szpitalu stwierdzili tylko wstrząśnienie mózgu i zostawili go na kilkudniowej obserwacji. Od tamtej pory… wszędzie zaczął widzieć kształty. Kółka, kwadraty, trójkąty. Zamiast blatu stołu, widział prostokąt. Zamiast zegara po prostu kółko. Myślał, że zwariował. Albo, że nawiedził go duch geometrii. W ogóle nie wychodził z domu. Miał darmową, niekończącą się fazę bez choćby powąchania butaprenu.

Pewnego dnia wpadł na pomysł, żeby przenieść swoje chore wyobrażenia na papier i wtedy okazało się, że jest matematycznym geniuszem. Nakreślał genialne fraktale bez użycia cyrkla, ekierki czy linijki. Jest jedyną taką osobą na świecie i zarabia w ten sposób na życie. A wszystko zaczęło się od kopniaka.

borkos1

borkos2

Muzyczną wirtuozerię

Kiedy siedlibyście za klawiaturą fortepianu, waszym maksimum byłoby prawdopodobnie zagranie “wlazł kotek na płotek”, ewentualnie “Lulajże Jezuniu”, którego uczyła wredna, gruba pani od muzyki w szkole podstawowej. Tony Cicoria miał podobnie. Dopóki piorun nie trafił go prosto w głowę.

Facet jechał samochodem, kiedy na niebie zaczęły kłębić się złowrogie, ciemne chmury. Postanowił zatrzymać się przy przydrożnej budce telefonicznej i zadzwonić do mamy-staruszki, co by się kobiecina nie martwiła. Zdążył powiedzieć “hello” i wtedy spotkał go chyba największy pech, jaki można sobie wyobrazić. Piorun uderzył w telefon, a impuls elektryczny, poprzez kabel, wydostał się słuchawką. Tony przyjął na głowę prąd, który prawdopodobnie mógłby zakręcić “Eye of London”. Ułamek sekundy później już nie żył.

“O cholera, jestem martwy” – pomyślał, kiedy szybował nad swoim ciałem, ale po krótkim spacerze w przestworzach wrócił do niego z powrotem. Przez jakiś tydzień czuł się słabo i miał problemy z pamięcią. Kiedy dolegliwości ustąpiły, napadła go nieodparta chęć posłuchania muzyki fortepianowej, chociaż ostatni raz doświadczył tego chyba w podstawówce podczas klasowej wycieczki do filharmonii. Od tamtej pory był fanem rocka.

Słuchał jej bez przerwy. Pożyczył od kolegi pianino i starał się odwzorować ze słuchu największe dzieła. Kiedyś obudził się w środku nocy i usłyszał w głowie coś zupełnie nowego. Wstał, zaczął grać i przenosić na pięciolinię. Swoje dzieło nazwał na cześć pioruna, który miał zabić, a zrobił z niego geniusza – “Sonata błyskawicy”.

Kochani. Tak swoją kompozycję gra gość, wcześniej z fortepianem miał wspólnego tyle, ile my z mechaniką kwantową:

 

Jeśli zatem siedzicie teraz zapłakani, wśród osmarkanych chusteczek, pod którymi zagrzebany jest dyplom magistra i szukacie sensu życia – głowa do góry! Prawdopodobieństwo jest niewielkie, ale może i wam, tak jak powyższym facetom, stanie się coś złego, odmieniając wasz pozornie przegrany los.

borkos

 

Komentarze


Tagi: , , , ,



Back to Top ↑