Kierowcy vs rowerzyści. Stary konflikt zbiera coraz większe plony

Opublikowano Sierpień 28, 2015 | przez lucky bastard

Zdrowy tryb życia, rozwijający się system rowerów miejskich, niezależność od korków czy po prostu pasja – dzięki tym czynnikom na naszych drogach pojawia się coraz więcej rowerów. Na dziś zainteresowanie tym środkiem transportu znacznie przekracza możliwości infrastruktury, która z pewnością nie gwarantuje bezpiecznej i komfortowej jazdy.

W wielu przypadkach rowerzyści zobligowani są do współdzielenia jezdni z samochodami i jest to mocno drażliwa kwestia dla jednych i drugich. Często jest tak, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, czyli ten sam facet prowadząc samochód pomstuje na rowerzystów, po czym sam przesiada się na rower i wkurza się na kierowców. Napisalibyśmy nawet, że to u nas całkiem powszechne.

Wspólne poruszanie się po polskich drogach to jednak nie tylko nerwy, ale przede wszystkim cała masa niebezpiecznych zdarzeń. Co sezon jest ich więcej i – jak podaje Komenda Główna Policji – w 2014 roku odnotowano ponad czternaście tysięcy wypadków i kolizji z udziałem rowerzystów. Pocieszający jest jedynie fakt, że liczba użytkowników tychże jednośladów rośnie w znacznie szybszym tempie, niż liczba wspomnianych kraks.

Co znamienne, zdecydowana większość kolizji i wypadków, czyli aż 12 850, miała miejsce w terenie zabudowanym. A nie od dziś wiadomo, że poruszanie się rowerem po polskich miastach do najbezpieczniejszych nie należy. Pozostając jeszcze przez chwilę przy statystykach – ledwie 40 procent wydarzeń powstaje z winy cyklistów, natomiast wśród ofiar śmiertelnych – co zrozumiałe – nawet 95 procent to rowerzyści.

No dobra, to czym kierowcy wkurzają rowerzystów (w najlepszym wypadku) lub narażają ich zdrowie (przypadek najgorszy)? Najbardziej powszechne wciąż pozostają zderzenia boczne, czyli wypadki na skrzyżowaniach i przejściach. Jednym z największych grzechów kierowców jest wypatrywanie na drogach jedynie innych samochodów i nie zawracanie uwagi na rowerzystów. Jeżeli cyklista przejeżdża przez skrzyżowanie drogą z pierwszeństwem przejazdu – po prostu w niego wjeżdżają.

Natomiast największym mitem jest pogląd, że rowerzysta nigdy nie ma prawa do przejazdu przez przejście dla pieszych. Jest to oczywiście nieprawda, bo jeżeli tak stanowi odpowiedni znak lub droga rowerowa przecina przez jezdnię, z roweru nie trzeba schodzić. Siłą rzeczy jest to jednak niebezpieczna sytuacja, bo kierowcy nie są przyzwyczajeni do monitorowania szerszego wycinka, niż tylko samo przejście. Czyli rowerzysta, dla swojego bezpieczeństwa, przed wjazdem na pasy też powinien upewnić się, że kierowca go widzi.

Inne grzechy kierowców to ścinanie zakrętów, wyprzedzanie bez zachowania bezpiecznej odległości czy zwyczajne trąbienie przy kontakcie z rowerzystą, tak dla zasady. Niestety takich przypadków ciągle jest sporo i ciężko znaleźć tu jakiekolwiek wyjaśnienie. Wydaje się, że – tak jak w wielu życiowych sytuacjach – i tu kluczowym czynnikiem jest zwyczajne buractwo.

Nie jest też jednak tak, że kierowcy są źli, a rowerzyści dobrzy. Często cykliści sami wbijają się z dużą prędkością na przejścia dla pieszych, na których są zobligowani do zejścia z roweru. Zdarza im się jeździć parami, kiedy utrudnia to ruch innym uczestnikom drogi, a także – co jest nawet nagminne – pedałować ulicą, kiedy tuż obok znajduje się droga rowerowa. Rzecz jasna każde z powyższych zachowań jest złamaniem przepisów drogowych i tu użycie klaksonu jest po prostu uzasadnione.

Wydaje się, że w kwestii wzajemnego szacunku na drodze swojej roli nie spełnia też Masa Krytyczna, która pojawia się w coraz większej liczbie polskich miast, i która walczy o różne sprawy, w tym ogólnie o zwrócenie uwagi na rowerzystów. Problem w tym, że takie comiesięczne grupowe przejazdy przez miasto wyzwalają mnóstwo negatywnych emocji u jednych i drugich. Rzeczywistość wygląda tak, że rowerzyści generują ogromny korek, kierowcy na nich trąbią, ci odpowiadają im „fuckami”. Ot, taka sielanka.

Mamy wrażenie, że niekiedy po takich przejazdach następuje eskalacja złych emocji, i jeden czy drugi tępak za kierownicą odbija sobie później na innych rowerzystach, używając klaksonu, czy nie zachowując bezpiecznej odległości. Elastycznością nie wykazują się też organizatorzy Masy, którzy zdają się nie widzieć innych interesów, poza własnymi. Kiedy w lutym w Warszawie spłonął Most Łazienkowski, ratusz cofnął zgodę na organizację przejazdu, bo miasto i bez tego było sparaliżowane przez korki. Organizatorzy Masy – zapatrzeni wyłącznie w siebie – powoływali się jednak na luki proceduralne i nie chcieli zrezygnować z przejazdu. Czy w ten sposób ocieplili wizerunek rowerzystów lub w czymkolwiek im pomogli?

Obecnie kierowcy i rowerzyści stanowią dwie zantagonizowane grupy, które rzadko ze sobą współpracują i często próbują się zwalczać. Jest to o tyle dziwne, że często ci sami ludzie korzystają z obydwu środków transportu i współtworzą obydwa środowiska. Gdyby chodziło jedynie o chamstwo i wzajemne działanie sobie na nerwach, nawet byśmy się nad tematem nie pochylili. Niestety coraz częściej chodzi tu o ludzkie życie.

Komentarze


Tagi: , , , , , ,



Back to Top ↑