Klimat niebanalnej Gruzji. Reportaż

Opublikowano Listopad 25, 2015 | przez Tomas

Paczka fajek za cztery złote, za dwanaście – pół litra bimbru sprzedawane w restauracji, w butelce po coca-coli, z naklejkami napoju. Za kilkaset złotych możesz przez tydzień poczuć się jak król, jednocześnie mając świadomość, że na każdym kroku próbują zrobić cię w konia. Taksówkarz przy całodniowej podróży może zejść dwie trzecie z początkowej ceny, właściciel mieszkania wykrzyczeć w środku nocy, że nie zapłaciłeś za wynajem, a sprzedawca w sklepie – słysząc głos obcokrajowców – nagle podbijać cenę. Gruzja jest niczym Rosja: też trochę jak nie kraj, a stan umysłu.

Gruzja. Każdy pyta: po co, dlaczego i w jakim celu. Z ciekawości. Że niebezpiecznie? Bzdura. Jak się bać, to raczej nie wojny. Ja tydzień po tym, jak kupiłem bilety, oglądałem relację z kompletnie zalanej stolicy, w której zwierzęta z zoo wyszły na ulice i rozpoczęło się ich wielkie poszukiwanie. Wyobraźcie sobie, że po centrum Warszawy spaceruje hipopotam z niedźwiedziem. A trudno, planując podróż w obcym kraju, omijać największe miasto.

**

Zgaduję, że tak jak dziś wygląda Gruzja, Polska wyglądała 30 lat temu. Widać, że PKB jest znacznie niższe, że nie wchodzą tu zagraniczne koncerny, że średnia płaca to zupełnie inny poziom. Leci program w stylu Dzień Dobry TVN – stylizacja studia, prowadzących to faszyn in raszyn. Patrzysz na główne miejsca zlokalizowane w Tbilisi, znajdującego się w centrum Marriotta i podjeżdżające pod niego modelki, by na ramieniu poczuć rękę bezdomnego. Odejdziesz 500 metrów, skręcisz w pierwszą z brzegu uliczkę i pytasz: jak żyć. Ale pytasz autentycznie: jak żyć w takich warunkach?

Przez pół kraju ciągną się po ulicach rury gazowe. Pani, mieszkająca w domku, otwiera okno i odkręca zawór od rury. Wtedy ma gaz. W jednym z mieszkań rura przebiega przez okno, w drugim – wybita szyba. Dalej: dach mocno zniszczony, a rozpadająca się ściana obudowana metalowymi prętami, by nie rozpaść się kompletnie – tam też ktoś żyje. Jeśli widzieliście fotki łódzkiej kamienicy, która wczoraj najzwyczajniej w świecie się rozleciała, tam tak wygląda każda. Mieszkania skupione na malutkiej przestrzeni, w niewiarygodnych warunkach.

Image and video hosting by TinyPic

**

Wiele, naprawdę wiele budynków jest niedokończonych. Ktoś zaczął inwestycję, planował duży blok, ale coś wywaliło się po drodze – najpewniej zabrakło środków. Dlatego na dużych tablicach ogłoszeniowych największą czcionką jest hasło o 100 proc. zabezpieczeniu. W drugiej kolejności cena – jakąś połowę tego, co u nas.

**

Największym paradoksem tych domków znajdujących się w druzgocącym stanie są samochody zaparkowane tuż przed nimi. Widzisz chatę, która w każdej chwili może się rozsypać, a na podwórku Mercedes CLS 55. Audi czy beemka to, wbrew pozorom, nic nadzwyczajnego. Może i dach się wali nad głową, ale na pewno nie ten, który jest w aucie. Fury warte więcej niż te domy. Serio.

Image and video hosting by TinyPic

**

– Zapiąć pasy? – pytam.
– Nie – odpowiada taksówkarz.
– Dlaczego?
– Nie potrzeba, to nic nie daje.

Inny z taksówkarzy prosi tylko, by założyć pas przez ramię. Bo policja wtedy nas nie złapie. Mundurowi jeżdżą Fordem Interceptorem, już nie są ponoć skorumpowani, choć dziwi widok, gdy zatrzymany do kontroli kierowca wspólnie z policjantem pali szluga.

A mandat za brak pasów bezpieczeństwa można dostać, ale jest śmiesznie niski.

Taksówkarz sprowadził swoje Mitsubishi z Japonii, kierownicę ma po prawej stronie. Jako że wziął osiem osób, może patrzeć tylko w boczne lusterka. Kiedy więc chce wyprzedzić, wyjeżdża do połowy przeciwnego pasa, by sprawdzić, czy… nic nie jedzie. Siedzę z przodu, z lewej strony. Co chwila tylko rzucam: „Wait, wait”.

Uroku dodaje styl jazdy – ciągła pojedyncza, podwójna, zakaz wyprzedzania, zakręt, ograniczona widoczność i ciągły klakson (jak nie trąbią, wiedz, że coś się dzieje). Obowiązuje tutaj prosta zasada: nie ma na drodze sytuacji, w której nie dałoby się wyprzedzić.

Kierowca, widząc zmęczenie podróżą, zatrzymuje się o 7 rano w knajpie. Mówi, że idziemy na wino. Sam, czego nie byłem pewien, na szczęście nie pije.

**

Podobno Gruzini strasznie nas lubią. Mówisz Polska, odpowiadają – Kaczyński. Relacje chyba faktycznie były ciepłe, w Tbilisi można wpaść do pubu Warszawa, obklejonego starymi gazetami, kopia rodzimej „mety”. Ale ten kontakt trochę się zmienia, kiedy traktują cię jako obcokrajowca. Wiedzą, że są dla ciebie tańszym krajem, w którym stać cię na wszystko. Też chcą coś z tego mieć, też liczą na zarobek z turystyki. Nic w tym złego, poza agresywną czasem formą.

Oczywiście, kiedy wysiądziesz na stacji metra, mała dziewczynka wyciąga w twoim kierunku rękę i idzie obok przez dobrą minutę. Nie odpuszcza, dopóki czegoś nie dostanie. Młody chłopak, mniej niż 10 lat, chodzi w nocy w środku tygodnia z różami. Mówi, że rano czeka go szkoła. Handel tu jest tak rozwinięty, że na ulicy stoją z rozsypanym tytoniem i słodkościami, które dotykają czarnymi od brudu dłoniami, obok centrum urządzają sobie bazar. Używany kran, używana toaleta? Do wyboru, do koloru.

Image and video hosting by TinyPic

**

Image and video hosting by TinyPic

Oznaki cywilizacji? Batumi w wielu miejscach jest piękne, ma wypasione hotele, kasyno stoi na kasynie, jest wiele atrakcji dla turystów. Latem biznes musi się kręcić. Jest tu też Wieża Czaczy, z której raz dziennie leje się gruziński bimber (wyobraźcie sobie to u nas!). A w Tbilisi śmiga metro – stare, duszne, w kiepskim stanie, ale jest. Ruchome schody tak pędzą, że trzeba na nie właściwie wskoczyć. Wskakuje też chłopak, który stracił nogę. Po skoku się chwieje, gubi kule, dopiero jadący za nim łapią go przed upadkiem.

Image and video hosting by TinyPic

**

Fajne jest to, że możesz przyjechać z Polski, wejść do eleganckiej restauracji o 17, wyjść o 21 – najedzony i dobrze wstawiony. Rachunek to 30 złotych. W Tbilisi 65 proc. alkoholem częstują w porządnym sklepie alkoholowym. W innym, malutkim w Batumi, przelewają na twoich oczach bimber – z baniaka do małej butelki.

– Osiem lari.
– Osiem?
– Yy, to znaczy, dziesięć.

No tak.

**

Niefajne jest to, że istnieje muzeum Józefa Stalina. Wystarczy udać się do Gori, jego rodzinnego miasta, by posłuchać historię tego człowieka, wejść do opancerzonego wagonu, którym podróżował. Mieszkańcom Gori podobno nawet się to podoba, szanują go. Obrzydlistwo.

Image and video hosting by TinyPic

Gori to miasto, które kilka lat temu zostało nieco zniszczone przez wojnę. Jedziemy taksówką, akurat leci muzyka ze świetnego filmu o Gruzji „Mandarynki”. Niebywały klimat.

Bo ten kraj to właśnie klimat niecodzienny i niepowtarzalny. Warto jechać i się przekonać na własnej skórze.

Komentarze


Tagi: , , , ,



Back to Top ↑