Rower – sprzęt, który może cię rozdziewiczyć analnie

Opublikowano Maj 12, 2013 | przez Dżordż

triatrow

Ból rąk sprawia, że nie możesz się skupić na niczym innym. Do czasu. Po kilku minutach kręgosłup zaczyna napierdzielać tak, że zapominasz o dłoniach. Koniec końców o plecach także przestaniesz w końcu myśleć. Wszystko przez tę cholerną dupę, która nakurwia, jakby ktoś wpychał ci tam kij od baseballa.

Przez kilkaset godzin treningów biegowych i pływackich, będących częścią przygotowań do triathlonu, nia miałem takiego kryzysu, jak teraz. Powód mojego doła waży poniżej 10 kilogramów i ma dwa koła.

Rower.

Dla jednych ważny środek lokomocji w codziennej drodze do roboty. Dla innych sposób na spędzanie w miły sposób wolnego czasu. Dla mnie, od jakiegoś miesiąca, symbol cierpienia.

Fajnie jest się wybrać na „góralu” do pracy albo na wycieczkę. Człowiek jedzie sobie 12-15 km/h, rozmawia ze znajomymi przez komórkę, podziwia widoki, ma wszystko w dupie. Rekreacyjne jeżdżenie na rowerze to jest to.

Przyjemność kończy się, gdy musisz przygotować swój organizm na pokonanie 90 km podczas połówki iron-mana. Wtedy nie poruszasz się już na bicyklu w ślamazarnym tempie. I nie spędzasz na nim czterdziestu minut co drugi dzień.

Dostaję kolejnego maila od swojego trenera. Czytam i robi mi się smutno. W przyszłym tygodniu znowu czekają mnie trzy treningi na kolarzówce. Każdy z nich ma trwać 2,5 do 3 godzin. Podczas zajęć muszę utrzymywać tempo 25-27 km/h (tak zwane rozjeżdżenie) lub 30-31 (jazda główna). Dla wytrawnego kolarza – żaden problem. Dla mnie – zajebiste wyzwanie.

Od kilku lat W OGÓLE nie jeździłem na rowerze. Mam wytrenowane mięśnie nóg, owszem, ale od biegania, które uprawiam od lat, a nie pedałowania. A to dwie zupełnie inne sprawy. Możesz być zajebisty w półmaratonie i kiepski na kolarzówce, taka specyfika ludzkiego organizmu.

I tak jest właśnie ze mną.

Ani razu nie udało mi się jeszcze utrzymać przez półtorej godziny średniej prędkości powyżej 30 km/h. Momentami dawałem radę tyle jechać, ale na dłuższą metę pasowałem. Nogi mówiły bardzo głośno i wyraźnie: PIE-RDOL SIĘ. 25-26 to wszystko, co byłem w stanie utrzymać przez 90 minut.

Wiem, kiepsko.

Ale to nie koniec moich problemów. Poza brakiem kondycji jest jeszcze kłopot nr 2: monotonia.

Jeśli ktoś z was trenował dyscyplinę, która wymagała od niego kilku godzin poświęconych na doskonalenie jednego elementu, zrozumie o co mi chodzi. Człowiek jedzie przez sto kilkadziesiąt minut ścieżką i ulicą i po prostu się nudzi. Nie można odciążać głowy myślami o czymś przyjemnym – chwila nieuwagi podczas pedałowania i albo wpadniesz na nierozgarniętego gościa, który idzie po trasie dla bicykli, albo wpierdolisz się pod samochód. Ryzyko wypadku duże, żeby go uniknąć nie słucham też muzyki, która po prostu dekoncentruje.

Jest jeszcze problem nr 3: fakt, że… posiadasz ciało.

Przy długiej jeździe ból rąk sprawia, że nie możesz się skupić na niczym innym. Do czasu. Po kilku minutach kręgosłup zaczyna napierdzielać tak, że zapominasz o dłoniach. Koniec końców o plecach także przestaniesz w końcu myśleć. Wszystko przez tę cholerną dupę, która nakurwia, jakby ktoś wpychał ci tam kij od baseballa.

A propos – ostatnio niemalże zostałem rozdziewiczony analnie. Jechałem z jednej ścieżki na drugą wąskim chodnikiem. Środek dnia, dużo ludzi, chciałem więc ich jakoś wyminąć. Dostrzegłem aptekę pod którą był podjazd dla inwalidów. Wjechałem nań rozpędzony nie myśląc o tym, że po drugiej stronie mogą być schody. Efekt? Wystrzeliło mnie do góry, a kiedy opadałem na siodełko prawie wbiłem się w jego ostrą część dupą. Przed brutalnym i ostrym „stosunkiem” uratowały mnie tylko kolarskie spodnie, mające we właściwych miejscach odpowiednie pogrubienia.

Jak widzicie, łatwo nie jest. Pierwszy triathlon, ćwiartka iron-mana, już za niespełna miesiąc, 9 czerwca. Mam przejechać tam 45 km, sądzę, że dam radę to zrobić. Podobnie jak uda mi się przekurwić dwa razy dłuższy dystans 11 sierpnia w Gdyni.

Pojawiają się tylko dwa pytania, na które w tej chwili nie znam odpowiedzi: czy czas, który osiągnę podczas tych imprez nie będzie kompromitujący? I czy po zakończeniu tego sezonu będzie mi się jeszcze chciało trenować do triathlonu?

Nie jest to takie oczywiste – tak jak uwielbiam bieganie, lubię uczyć się pływania i zasuwać od jednego końca basenu do drugiego, tak nie znalazłem jeszcze w kolarstwie tego czegoś, co pozwoliłoby mi przekonać samego siebie, że to zajebisty sport. I szczerze mówiąc nie mam pojęcia, czy w przyszłości mi się to uda…

Komentarze


Tagi: , , , , ,



Back to Top ↑