Koncerty, czyli mój zjazd do bazy – spod sceny wprost na manowce, stół operacyjny i oddział zakaźny

Opublikowano Czerwiec 27, 2013 | przez Limonow

thom_yorke_zimbio-com (1)

Czasem się zastanawiałem – co ze mną nie tak? Dlaczego los nie wycina mi figli, tylko się nade mną znęca? Wręcz od czasu do czasu lubi przywalić z grubej rury, sierpowym, takim soczytym, bolesnym, w stylu brejdaków Kliczko. Na odpowiedź wpadłem dopiero, kiedy skoszarowałem się z dala od ludzi, pod lasem. W nieocenionej Polsce C. Poznajcie głównego winnego mojej złej passy, moją największą zmorę – muzykę.

Patrząc na swoją pannę, od dawna czytam jej z oczu wiadomość o krótkim przekazie – „Zawijam kiecę i lecę”. I tu retrospekcja: występ The xx, maj 2013, punkt kulminacyjny prywatnego bagna i załamania relacji. A to zaledwie najlżejszy przypadek.

Bo zawsze to samo – co koncert, to zjazd do bazy. Co większy event, to kilka miesięcy, by stanąć na nogi. Nie, nie wyniszcza mnie piękno muzyki, słowa, nie jestem Werterem. Gnębi mnie konfrontacja z artystą, automatyczny zwiastun kłopotów. Jak w przewidywalnym brazylijskim tasiemcu.

Myślałem, że pasja i ryzyko współgrają ze sobą, kiedy uprawiasz wspinaczkę górską. A nie kiedy segregujesz płyty i jedziesz posłuchać brzdąkania. Ale do rzeczy.

RADIOHEAD czyli POZNAŃ, KTÓREGO NIGDY NIE POZNASZ

1. radiohead

Radiohead, Poznań 2009, utwór Videotape (wszystkie zdjęcia w tekście z prywatnych, cebulackich zbiorów).

30 stopni, ukrop, podniosła atmosfera i wreszcie oni – Radiohead. Słowo, a raczej nazwa, którą w głowie łączę z najgłębszymi zakamarkami mojej popieprzonej psychiki. Z pierwszymi psychotropami, depresją. Ale nic, do podobnych stanów było jeszcze wtedy daleko. Wróćmy jeszcze do nastroju z Poznania – a tam błogość i delektowanie browarem. A konkretnie czterema, których później… nie mogłem wylać. Przez dobę. Z jednej strony muzyczny orgazm, z drugiej strony pełny bak od złocistego napoju. Efekt? Konsultacja lekarska, skierowanie do szpitala, jakaś zasrana blokada pęcherza. A więc krojenie, a później sucharki, zmiksowane owoce i soczek Leon przez miesiąc. Menu króla życia, świadka występu gigantów. Ruszyła machina.

Z czym mi się to najlepiej kojarzy? Ano z tym:

 

Byłem lucky. W cudzysłowie i bez. Sam koncert 10/10.

THE NATIONAL czyli GIŃ, KNYPIE, I ŻEGNAJ DZIEWCZYNO/MATURO

2. the national

The National, Chorzów 2010, utwór Daughters of The Soho Riots.

Demony przeszłości już za mną, więc ruszam na Śląsk. 38 stopni gorączki, ale darmowy bilet od kumpla i pierwszy rząd w teatrze robią swoje. Cebulak takiej okazji okazji nie puści. – Po moim trupie – mówiłem. Hehe, faktycznie, do trupa nie było daleko – przynajmniej zdaniem nieudolnych lekarzy.

Rodzice mówili: – Nie jedź, głupku. Dziewczyna wtórowała: – Obstawiam zapalenie płuc.

Jakby zgadła.

Wróciłem. Trzeźwy, ale w rozsypce. W strzępach i bez formy. Z kaszlem, który przypominał dźwięk wrzucanych kamieni do studni. Znów przed oczami lekarz i pierwszy cios: – Nie wygląda to dobrze, musimy pana przewieźć do większego szpitala.

Zapalenie płuc, świetnie. Ląduję w największym obdarciuchu w województwie i po chwili zmiana diagnozy: jednak gruźlica. Rentgen, fioletowe slajdy, załamka. A dziewczyna przez SMS-a, jakby z ironią: – A nie mówiłam?

– Spędzi pan tu ze trzy miesiące. Jeśli stan się polepszy, sanatorium i w jakieś 10 miesięcy powinien pan stanąć na nogi – poinformowali po wjeździe na salę.

Cios, rozpacz, telefony do szkoły, zachowanie w stylu życiowej cioty. Odwoływanie matury, zwijanie się w kłębek w szpitalnym łóżku pośród dogorywających staruszków. Zwinęła się też dziewczyna – nie wpuścili jej na zakaźny i po całej aferze musiała ochłonąć i nie widziałem jej przez następny kwartał.

A dalej? Pierwsze psychotropy i odsłuchy bootlegów z koncertu Nationali (na dokładkę dołujące kawałki Radiohead). Nie tak to miało wyglądać. A w międzyczasie, już na sali – jeb, jeb, jeb. Buraki krojone tasakiem podane na tacy, jeden czarno-biały telewizor na korytarzu, wszędzie śmierdzi. I ja. Strollowany, kopnięty w dupę i lekko rozbawiony obrotem zdarzeń. Po dwóch tygodniach poprosiłem żałośnie o nowe zdjęcie płuc, licząc, że może nie jest tak źle. A tam jak nic – zapalenie, a nie żadna gruźlica. Choroba cofnęła się w dużym stopniu.

– Przepraszamy, pomyłka w diagnozie. Może pan wracać do domu – usłyszałem. Dzięki, w samą porę. Przynajmniej zrobiłem maturę.

A, no i koncert 9/10, choć melancholia we łbie robiła swoje.

 

FOO FIGHTERS czyli GRYMAS BÓLU I WAKACJE NA ŁÓŻKU

3. foo fighters

 Foo Fighters, Praga 2012, utwór My Hero

Tu już było marnie od samego początku. Gorzej niż w Chorzowie, wyjazd zagrożony do ostatnich sekund. Wcześniej… nieznany wirus. Nikt, kurwa, nie wiedział, co znowu – jeździłem od specjalisty do specjalisty. Bolące gałki oczne, wysypka na całym ciele. I bóle mięśni, okrutne. Pulsujące jak gitara basowa w kawałkach Foo Fighters. Finalnie, jak zwykle stwierdziłem, że po imprezie nie będzie gorzej.

Było.

Podróż i zakwaterowanie – kompletna abstrakcja, bo z kumplami znalazłem dziuplę najtańszą w mieście. 9 euro za nocleg, stolica Czech, więc atakujemy. Niby centrum, status hostelu… Niby, bo podjeżdżamy, a tu zwyczajny socjal – z cyganami, na każdym kroku, w każdym zaułku. Uciekliśmy z krzykiem – no, prawie, ale faktycznie zapieprzaliśmy sprintem. Bo na widok takich jeleni jak my… odpalili grilla i fetowali, że skroją nasze bagaże. Nie tym razem, panowie.

Do Polski odjechałem styrany, chociaż szczęśliwy (wspaniała setlista!). Ale dalej niewyleczony, a w międzyczasie jedna z lekarek zadała mi znakomite pytanie.

– Może trzeba zbadać się w kierunku HIV?

Chciałabyś, dziwko. Finalnie dolegliwości ustały i to po… losowych przeciwbólowych. Wróciłem do gry, ale rany po FF lizałem przez dwa miesiące.

A koncert (10/10) kojarzę z tym:

 

THE xx czyli ŻEGNAJCIE AMORY?

4. the xx

The xx, Warszawa 2013, utwór Sunset.

Fajny evencik, ale natychmiast zaczęły się schody. I to zanim wdrapałem się po nich na Towar. Ruszyłem wcześnie, rozgrzewka pod Planem B, a potem: kumpel pod pachę, z drugiej strony dziewczyna. Ale jakoś zainteresowałem się bardziej tym pierwszym i rypnęliśmy pięć browarów. Zaczęły się zgrzyty, bo kochana na moją menelską woń reaguje jak na smród – daleko nie przemierzając – klocka. Zaczęły się tarapaty…

Wytrzeźwiałem, ale fetor z japy pozostał. Znajomość chwilowo podupadła, a ja znów na rozstaju dróg. Przynajmniej zdrowy.

Do czasu, choć profilaktycznie na Openera nie jadę. Ale poniekąd… kocham te głupie i bolesne przygody.

A koncercik? 6/10, ale pozostaje wiara na reunion z najbliższą!

Komentarze


Tagi: , , , , , , , , ,



Back to Top ↑