Koniec z jesienną depresją – serialowa Krystyna zostaje w Klanie

Opublikowano Październik 2, 2013 | przez Limonow

krysia

Jesień ocalona. Pal licho depresję, psychotropy i wizyty u specjalistów. Jeśli masz gorszy okres, dziewczyna dała ci kosza (lub nie dała, ale czegoś innego), wracasz na magisterkę lub dostajesz po dupie w pracy – walić to. Koniec zmartwień, znamy już receptę na wesołe dobrnięcie do wiosny. TVP, wbrew wszystkim plotkom, nie uśmierci mistycznej postaci – Krystyny z Klanu!


Kamień z serca. Udało się, jest po co żyć. Nie udawajcie, że jej nie znacie. Ikona kina, bohaterka dzieciństwa, Brigitte Bardot mydlanych tasiemców. Agnieszka Kotulanka. Postać tragiczna, bo ponoć zmagająca się z alkoholizmem, ponoć pląsająca przed kamerami na lekkiej bańce, ponoć stetryczała, zawiedziona życiem. Ale nie odpalona!

Już mówiło się, że jej czas przeminął, że jej bohaterka zostanie upchnięta za oceanem lub w ogóle wykreślona ze scenariusza. Nic z tego, pora wreszcie wyciągnąć telewizor z szafy, znaleźć przedłużacz i położyć go na komodzie. Zacznę od siebie, ale apeluje – jeśli niedawno zmienialiście mieszkanie i brakowało wam bodźca do odpalenia szklanego ekranu, nareszcie jest powód.

Nie skłamię, nie będę oszukiwał samego siebie – naoglądałem się Klanu na całe życie, przedawkowałem. Ba, machnąłem lekką ręką ze sto, dwieście odcinków. Jako przedszkolak, a później gimbus czy wreszcie licealista. Oglądałem przed prywatnymi lekcjami z angielskiego, przed i po szkole. Latami, w wakacje, powtórki tych początkowych epizodów na TVP Polonia. I nawet na iTVP, gdzie znalazłem pierwszy, epicki odcinek. Ona naturalnie w nim grała, a przez dekadę dodawała mi sił i mrugała porozumiewawczo z ekranu. Agnieszka, tzn. przepraszam, Krystyna.

Wiem, że to wszystko ma niską wartość, jest kompletną żenadą, parodystyczną pseudozabawą dla rolników, dróżników czy innych straganiarzy. Ale też nikt mi nie wmówi, że bankierzy, maklerzy czy inni biznesmeni nie liznęli trochę z życia Lubiczów, Boreckich czy… dobra, więcej rodów nie pamiętam.

Znakomicie kojarzę z kolei postaci i przede wszystkim okoliczności w jakich oglądałem nasz tasiemiec tysiąclecia. W lepszej i gorszej formie, tylko po to, żeby odwlekać jakieś obowiązki. Non-stop z paczuszką chipsów. Kiedy kupowałem sobie małe Laysy (jestem szczupły, Klan mnie przynajmniej nie spasł), wiedziałem, że zajrzę do nich około 17:30. Nie wiem, czy nadal czas antenowy się zgadza, ale wiem, że wkrótce odpalę te miałkie popisy aktorów, którym znacznie bliżej do trzepaka i ławeczki pod blokiem niż do czerwonego dywanu.

Tyle, że to wszystko ma swój urok. Jest tak beznadziejne, że czasem nie umiesz powiedzieć „nie”. Zawsze ignorowałem „Na Wspólnej”, „Plebanię”, „Samo życie”, „Adam i Ewa” i wszystkie niby ambitne inne produkcje (na tle Klanu rzecz jasna!)… przez lata walające mi się przed oczami, ale wyłącznie w programie telewizyjnym. Tymczasem do Klanu mam sentyment i po trzech latach abstynencji zamierzam do niego wrócić. Choćby raz, żeby to sobie wszystko odtworzyć, żeby znów posłuchać Ryśka Rynkowskiego z czasów prosperity, kiedy rozchwytywali go dystrybutorzy kawy, dla których też śpiewał.

Może i nie ma Ryśka i Beaty (córki Elżbiety i Jerzego), ale została ona. Ona, doktor Lubicz, Maciuś. Chce się znów odmóżdżyć i wrócić do wieku, kiedy wybierałem się do komunii. Ludzie, korzystajcie, macie szansę znów przeżyć swoje dzieciństwo albo zaliczyć piękną retrospekcję. Warto. Krystyno, tęskniłem.

foto: www.swiatseriali.pl

Komentarze


Tagi: , , ,



Back to Top ↑