Konklawe – spektakl, który lubię oglądać

Opublikowano Marzec 14, 2013 | przez ZP

papiez

– Ale numer, to chyba murzyn! – kolega niemal piszczy z podniecenia.

Akurat się golę. Podskakuję z wrażenia. Gardło wygląda jak po nieudanej próbie samobójczej. Nie zwracam na to uwagi. Wybiegam sprintem z łazienki. Nie mam daleko do salonu, mieszkamy na 17 m2. We dwóch, czasami trzech. Ot uroki studenckiego życia.

Jest 2005 rok, trwa Konklawe. Czekamy na wybór następcy Jana Pawła II. Nie jesteśmy szczegolnie wierzący, ale w tych dniach czujemy religijne podniecenie. Bywamy na mszach za zmarłego papieża, czujemy w Warszawie wzniosły klimat. Rozumiemy, że bierzemy udział w historycznych chwilach.

Współlokator oczywiście robił sobie ze mnie jaja. Ciemnoskóry nie został nowym zwierzchnikiem kościoła. Osiem lat temu nie było żadnej niespodzianki – kardynałowie wskazali na Josepha Ratzingera. Wszedł na Konklawe jako papież, wyszedł jako papież. Zero zaskoczenia.

W środę było zupełnie inaczej! Ci, których w Rzymie ogłaszano pewnymi następcami Benedykta XVI, polegli. Zamiast nich wybrano niejakiego Jorge Mario Bergoglio.

– No to nieźle, Leo Messi właśnie przestał być najsławniejszym Argentyńczykiem – skomentował kumpel na fejsie. Może trochę zbyt przedwcześnie, ale ma rację. Za kilka tygodni Franciszek będzie zapewne najbardziej rozpoznawalnym mieszkańcem tego południowoamerykańskiego kraju.

Ale wróćmy do tematu Konklawe – ta uroczystość wzbudza we mnie, o dziwo, spore zainteresowanie. Lubię te emocje związane z wyborem nowego papieża. Słuchając o obradach kardynałów czuję się trochę tak, jakbym czytał kryminał i zaraz miał dowiedzieć się kto zabił. Albo oglądał ważny mecz w oczekiwaniu na jakąś spektakularną bramkę. No po prostu dzieje się. Jest na tyle ciekawie, że nawet mówiący wyjątkowo dziwacznym głosem Piotr Kraśko ani biadolący farmazony księża nie są mi w stanie tego wszystkiego zohydzić.

Jem sałatkę. W większym, dużo ładniejszym mieszkaniu niż to z 2005 roku. Zajmuję je sam, bez kumpli. Siedzę tyłem do ekranu, nagle słyszę jak w „Faktach” powiadamiają niemal entuzjastycznym krzykiem, że oto mamy nowego papieża. Przełykam spiesznie ostatnie kęsy kolacji. Zasiadam przed telewizorem. Czekam. Chcę zobaczyć twarz człowieka, który będzie rządził kościołem.

Mijają minuty, a tu nic. Pustka. Ludzie na Placu Świętego Piotra krzyczą, tupią, skaczą, ale to nie przyspiesza działań sędziwych purpuratów. Nowego namiestnika (straszne słowo) tronu Piotrowego poznajemy dopiero po kilkudziesięciu minutach od czasu, gdy pojawił się tak mocno wyczekiwany biały dym.

Na balkonie widzę faceta, który wygląda jak sympatyczny wujek. Uśmiecha się dobrodusznie, nie sprawia wrażenia zestresowanego. Nie ma oczywiście takiego luzu, jak Jan Paweł II, ale też nie jest spięty niczym Benedykt XVI.

Od pierwszych chwil czuję do faceta sympatię. Lektura artykułów o nim tylko ją pognębia. Czytam, że gość jest skromny, spokojny, szlachetny. Że swego czasu zrezygnował z mieszkania w arcybiskupim pałacu i jeżdżenia limuzyną z szoferem. Zamiast tego podróżował autobusem i samodzielnie przygotowywał swoje posiłki. Brzmi to normalnie, ludzko, fajnie.

Nie wierzę specjalnie w to, że nowy papież wyciągnie kościół z dołka. Do tego potrzeba byłoby bardzo radykalnych ruchów: zgody na in vitro, związki partnerskie czy też śluby księży. To niemożliwe, aby Franciszek powiedział „tak” dla tych wszystkich spraw. To nierealne, żeby jeden człowiek w XXI wieku pociągnął za sobą miliony. Takie rzeczy to tylko w Erze.

Mimo to cieszę się, że akurat ten gość  zastąpił ponurego Ratzignera. W kościele może nie zacznie się dziać dużo lepiej, ale mam wrażenie, że przynajmniej będzie sympatyczniej.

A to już coś.

 

 

 

Komentarze


Tagi: , , ,



Back to Top ↑