Koszmar i ślinotok przed monitorem – samodzielna wyprowadzka dramatem studencika

Opublikowano Wrzesień 5, 2013 | przez Limonow

przeprowadzka-chuj

Frustracja, czyli stały element mojego życia. Nie zostawia mnie ani na chwilę, wszak piana kapie mi z nerwów na klawiaturę nawet teraz.

Trudno jednak zatamować nerwowy ślinotok, kiedy człowiek pomyśli, że właśnie przebrnął rok w wielkim mieście. Rok wzlotów i upadków. Standardowo – zakończony lekką glebą. Było życie od kredytu studenckiego do stypendium socjalnego. Była wreszcie pensja, mieszkanie z dziewczyną. I co? Chciałoby się odpowiedzieć wulgarnie i do rymu. Ale mniejsza z tym, do sedna – przeprowadzki to największe bagno z jakim zetknąłem się w swoim warszawskim żywocie.

Jezu, ile bym dał, żeby nie być jak Ikar. Fruwałem nad ziemią, śmiałem się jak głupi do sera, ale potem jak zwykle spadłem do poziomu Rowu Mariańskiego.

Ale po kolei: 60 dni temu zamieszkałem w sterylnym mieszkaniu, z kobietą. Czyli cuda na kółkach – sama znalazła mieszkanie, w dodatku w centrum i… na doskonałych warunkach. Myślałem, że złapałem srokę za ogon, ale eldorado dobiegło końca.

Parę dni temu wypowiedziała umowę, ja całości chałupy nie udźwignę, a ciężko znów byłoby mi przebywać ścianę w ścianę z kumplem, z którym zrujnowalibyśmy kolejny budynek. Byłem już na Placu Zbawiciela, byłem na Rondzie ONZ, teraz tłukę się w nieznanym kierunku.

Jak włóczykij, komik, melepeta. Bez planu i pełen obaw, że:

– znów nie będę miał telewizora

– nie daj Boże wykupię NC+ i antena nie będzie działać (jak współlokatorowi w pierwszej melinie)

– internet będzie do dupy i oczywiście właściciel stwierdzi, że nie da się zamontować szybszego

– nie wyrobię finansowo

– będę miał za daleko na uczelnię

– będę miał za daleko do pracy

– będę miał daleko do dziewczyny (!)

Jedno jest pewne – trzeba spełnić tyle warunków, że szanse na sukces są nikłe. W końcu czego oczekiwać od gościa, który jeszcze niedawno – cofnijmy się dokładniej o kwartał – błagał współlokatora o drobne na drożdżówkę z pieczarkami (ble). To wyzwanie gorsze niż równanie matematyczne, bo głos rozsądku mi podpowiada, że słysząc moje rozterki – Stephen Hawking pierwotnie westchnąłby w swój syntezator zamiast pomóc. Nie dziwcie się, że widzę to wszystko w czarnych barwach.

Nie będzie TV, internet pewnie nawali… A wtedy futbol będę widział tylko na stopklatkach w porannym „Fakcie” lub „Przeglądzie Sportowym”, bo na ruskie streamy trzeba mieć mocne łącze. A dla nich byłbym nawet skłonny zaoszczędzić na jakiejkolwiek kablówce. Jakość obrazu – żyletka, a ja sam jeszcze poznałem wcześniej rosyjski… No dobra, kogo próbuję oszukiwać – ja go nie poznałem, a liznąłem, bo studiując rusycystykę nie dotrwałem do końca drugiego semestru. Naturalnie  pierwszego roku.

UW to jednak już inny temat – grunt, że wytrwałem jakoś w samej Warszawie. Ale nagle potrzebuję pomocy.

Mijają kolejne minuty. Co rusz minimalizuję te wypociny i znów odświeżam serwisiki… Gumtree, gratka.pl i inne pomniejsze ścieki. Przysięgam – kiedy już dopnę swego, wrzucę te wszystkie portale na czarną listę adblocka.

Co jest najgorsze? Że muszę sięgnąć głęboko do kieszeni (a jest wyjątkowo płytka), bo idę na nowy kierunek studiów. I w dodatku od wakacji mam pracę (trybu praca+studia nie znałem, a to musi dawać po dupie…), więc fakty wyglądają brutalnie: albo trzeba mnie wrzucić do piachu i zasypać, albo podejmę próbę utrzymania wszystkiego na własnym garbie. Co nie może skończyć się dobrze.

Było już mieszkanie z kumplem, ale za to dziękuję. Dwóch sympatycznych debili obrośniętych kurzem, od którego człowiek dostawał pryszczy. Uwierzcie – szło tam zwariować. Dla kontrastu było zatem fajne mieszkanko z dziewczyną, bez telewizora, ale na streamach, bo odnalazła klitkę z idealnym wyposażeniem pod cebulaka – szybkim łączem, lodówką, odkurzaczem i wannną… I wiecie, dlaczego to się jakoś kręciło? Dlaczego miałem dach nad głową? Dlatego, że moi współlokatorzy mieli to, czego nie posiadam – dar do przeszukiwania tych wszystkich zasranych „gratek”…

A teraz? No właśnie – co teraz?! Bez niej? Bez niego? Szczerze mówiąc – mam już pewne wyobrażenie. Z moim darem spostrzegawczości, wyczuciem, sprytem i fartem – za parę dni pewnie będę trzaskał drzwiami od stodoły. W rodzinnej cebulandii rzecz jasna.

Komentarze


Tagi: , , ,



Back to Top ↑