Koszmarne zespoły, których słuchaliśmy zanim poznaliśmy prawdziwego rocka

Opublikowano Styczeń 22, 2014 | przez MB

nickelback

Niedługo po grunge’u w muzyce rockowej nastał okres smutny jak pizda. Druga połowa lat 90. i początek XX wieku przyniosły masę popeliny, która w niedługim czasie stała się popeliną masową.  Niestety, świadomość działa dużo wolniej niż rozgłośnie radiowe. Dlatego na pewnym etapie łyka się wszystko jak młody pelikan i nie zadaje zbyt wielu pytań. Stąd wstyd i zażenowanie podczas przeglądania pierwszych płyt i pierwszych pobranych empetrójek.

Zanim starzy wtajemniczyli nas w muzę lat 60., 70. i 80., zanim na wielkie wody wypłynęły The White Stripes, Queens Of The Stone Age i The Black Keys,  musieliśmy przejść przez prawdziwe piekło gównianych melodyjek, przejmujących jak Epic Meal Time teledysków i tekstów ocierających się o grafomanię. W Żabce poleciało akurat „When I’m Gone” 3 Doors Down i całe gimnazjum przeleciało mi przed oczami.

goo goo

„How You Remind Me” Nickelback, „In The End” Linkin Park, „Iris” Goo Goo Dolls czy, wówczas najbardziej zły ze wszystkich złych, Marylin Manson. Wiecznie zakochani i maślani chłopcy z The Calling i Hoobastank. Zbuntowani, wydziarani i źli do szpiku kości kolesie z Sum 41, Blink182 i Good Charlotte (były czasy, że ich muzykę nazywano punk rockiem). Najbardziej ekstremalna odmiana metalu? Nu. P.O.D., Papa Roach, Limp Bizkit (Fred Durst akurat był zajebisty), Staind, Static-X czy zespół jednego przeboju Alien Ant Farm (cover „Smooth Criminal”). Tak samo dobrze wchodziły zespoły tzw. łachowe, z których najważniejszy to oczywiście The Offsping. „Original Prankster”, „Gotta Get Away”, “Pretty Fly (For a White Guy)” i “Why Don’t You Get a Job” to obowiązkowe kawałki każdych nasiadów u kumpla, który mieszkał najbliżej szkoły i kupował browara na czterech.

Boże, co za wiocha. Z perspektywy czasu największym rumieńcem wstydu powinni oblać się fani tak koszmarnych zjawisk jak Dog Eat Dog (zespół, który jako jeden z pierwszych rozwinął wszystkim nastoletnim onanistom skrót MILF), Jimmy Eat World, Billy Talent, Silverchair czy „high schoolowy” Wheatus, którego największym osiągnięciem do dziś pozostaje wątpliwej jakości przebój „Teenage Dirtbag”.

Na pograniczu zawsze pozostawał niejaki Weezer. Z jednej strony w 2001 pozamiatał sumitami w teledysku do numeru „Hash Pipe”, z drugiej był bardziej przewidywalni niż ramówka Polsatu.

Słuchanie tego typu muzy dziś uznaję za najgorszy etap dojrzewania. Gorszy niż mutacja głosu i nocne polucje. Na głowę bije też młodzieńczy trądzik. Jednostka nieodpowiednio pokierowana do dziś rock’n’roll kojarzy wyłącznie z przebojami Nickelback, a heavy metal utożsamia z Linkin Park.

Komentarze


Tagi: , , , , , , , , , , ,



Back to Top ↑