Koszula, która przynosi prawdziwego pecha

Opublikowano Kwiecień 14, 2014 | przez ZP

bad_luck

Kiedy usłyszałem, że trener piłkarski Jerzy Engel zakłada na każdy ważny mecz swój szczęśliwy płaszcz, ogarnął mnie pusty śmiech. Nie wierzyłem, że dorosły facet naprawdę może wierzyć w to, że strój może dodać farta albo też przynosić pecha. Zdanie zmieniłem niedawno, kilka tygodni po tym, jak kupiłem naprawdę ładną koszulę. Za każdym razem gdy ją zakładam, dzieje się coś wyjątkowo niekorzystnego dla mnie.

Zaczęło się od urodzin szefa działu piłka nożna w Przeglądzie Sportowym Tomka Włodarczyka. Impreza była naprawdę przednia do czasu gdy jeden z kolegów, lekko już wcięty, postanowił zabawić się w stylistę:

– Rozpiąłeś tylko jeden guzik pod szyją? Bez sensu, to niemodne, rozepnij kolejny! – zakrzyknął radośnie znajomy, po czym pociągnął mnie za koszulę. Chwilę później… wszystkie guziki wylądowały na podłodze. Chcieć nie chcieć pokazałem więc całemu towarzystwu klatę, a że nie mam na brzuchu sześciopaku, nie był to specjalny powód do dumy.

Szansę numer dwa postanowiłem dać owej koszuli podczas spotkania Ligi Mistrzów pomiędzy Manchesterem United a Olympiakosem Pireus. Z kilkoma znajomymi wyszliśmy na kolację i mecz z założeniem, że po sportowych emocjach zafundujemy sobie te taneczne i ruszymy do osławionej w całym kraju Enklawy. Niestety, w trakcie jedzenia zupy ogórkowej ręka fatalnie mi się omsknęła, skutkiem czego zawartość łyżki wylądowała na tej pechowej koszuli właśnie. Jako że jest ona koloru jasnoniebieskiego, plama wyglądała koszmarnie. Efekt? Po meczu kumple ruszyli do klubu, a ja musiałem jeszcze zaliczyć międzylądowanie w mieszkaniu, żeby się przebrać.

Do wpadki numer trzy doszło znowu przy kolacji, tym razem nie w męskim gronie, a z koleżanką. Udaliśmy się do znanej warszawskiej restauracji, której nazwę z litości przemilczę, słynącej z dobrych sałatek. Zamówiłem więc takową i spokojnie sobie jadłem do czasu gdy poczułem, że gryzę coś zupełnie dziwacznego. Po chwili okazało się, że próbowałem skonsumować… stłuczone szkło, które jakimś cudem dostało się do jedzenia. Mało brakowało a połknąłbym to gówno i nieźle rozorał sobie przełyk.

Czas na akcje numer cztery, najświeższą bo wczorajszą. Jako wielki fan piłki ręcznej, pochodzący na dodatek z Płocka, wybrałem się na spotkanie finału Pucharu Polski pomiędzy Wisłą a Vive Targami Kielce. Barwy nafciarzy to niebiesko-białe, a że akurat nie miałem niczego innego w tym pierwszym kolorze, założyłem przeklęty strój licząc, że a nóż widelec wreszcie przełamie jego klątwę.

Po 30 minutach myślałem naiwnie, że jestem blisko celu. Oto płocczanie rozgrywali najlepsze od lat spotkanie przeciwko kielczanom i prowadzili do przerwy 17:16. Niestety, skończyło się jak zawsze – koszula przyniosła pecha. Rywale pokonali Wisłę 33:32, a ostatnią, najważniejszą bramkę Michał Jurecki rzucił równo z końcową syreną…

Komentarze


Tagi: , , , , , ,



Back to Top ↑