Krajobraz po filmie „Bogowie”. Polscy twórcy mają skuteczność tragicznego napastnika

Opublikowano Październik 21, 2014 | przez Jaskier

Generalnie bycie fanem polskich produkcji filmowych nie należy do najprzyjemniejszych hobby. Ociera się ono wręcz o sport ekstremalny. Powiedzieć, że w polskim kinie zdecydowanie częściej pada deszcz niż świeci słońce, to jak wystartować w konkursie na niedopowiedzenie roku. Dużo częściej dostajesz ostry wpierdol od polskiego twórcy niż czujesz się dla niego partnerem w dyskusji – to określenie jest chyba bardziej na miejscu.

Co skłoniło mnie do tej – może nieoryginalnej, aczkolwiek niezbędnej – refleksji na początku tekstu? Ano film „Bogowie”. Genialny, poruszający, prawdziwy. Obok zachwytu nad rolą Tomasza Kota i świetnego obrazu Łukasza Palkowskiego przyszła jednak jedna myśl, od której naprawdę ciężko było mi się uwolnić. Ile czasu, pieniędzy i nerwów straciłem do tej pory szukając polskiego filmu, który nie wykona gwałtu na mojej psychice?

Zdecydowanie za dużo. Zawsze moja naiwność „zaczyna się” tak samo. Oglądam zwiastuny polskich produkcji. Tych z typu „trudne, ambitne kino”, w których rozpierdalają mnie kilkuwyrazowe recenzje. Imponujące kino – Gazeta Wyborcza; Odważny głos młodego pokolenia – Onet.pl; Poruszający – Wirtualna Polska.

I zawsze daję się nabrać. Zabieram dziewczynę do kina, a ta – choć nie powie tego głośno – bierze mnie potem nie wzięła nas to jakiegoś masochistę i naiwniaka. Teoretycznie ambitne polskie kino, w praktyce straszne gnioty. Dwa lata, siedem wycieczek do kina, by wspierać polską kinematografię. Oto efekty. Bogowie i długo długo nic. Oto subiektywny ranking zbyt ambitnych polskich filmów, po których miałem ochotę stanąć przy kasie i bić się od zwrot za bilety.

Gdybyście kiedyś mieli okazję… zastanówcie się dwa razy. Z szacunku dla swojego czasu.

6. Bez wstydu, 2012 r., reż. Filip Marczewski

Bez-wstydu-kadr1

Tadek wraca do rodzinnego miasteczka, zamieszkuje ze starszą siostrą Anką. Okazuje się, że znalazła jakiegoś faceta, co nie podoba się jej braciszkowi, którego uczucia do niej wykraczają poza zwyczajowe relacje siostra-brat.

Problem kazirodztwa. Grubo. Raczej rzadko trafia na srebrne ekrany, dalej jest to temat tabu. Marczewski starał się przełamać konwenanse, wstrząsnąć widzem. Efektem jego próby jest przynudnawy obraz z nieciekawym zakończeniem, który jakoś nie wbija w siedzenia, a tylko daje do myślenia: „po co ja to właściwie oglądam?”.

5. Bejbi blues, 2012, reż. Katarzyna Rosłaniec

bejbi1

Nastolatka Natalia ma syna z nastoletnim Kubą. Bo fajnie jest mieć dziecko. Tylko że w tak młodym wieku trudno jest być rodzicami. Matka Natalii chcąc pomóc młodym się dogadać, zostawia córce mieszkanie. Zajebisty ruch. Impreza. Tylko co zrobić z dzieckiem, jeśli chce iść na imprezę? Jak znaleźć czas na naukę, skoro za chwilę matura? Takie problemy pokazuje nam Katarzyna Rosłaniec.

Film miał opowiadać o młodym pokoleniu, ich głupiutkim podejściu do życia i zupełnym rozchwianiu wszelakich wartości. Liczy się moda, imprezy, używki. Z obrazu o problemach nastolatki zrobiła się dość płaska i przewidywalna produkcja, która momentami zaskakuje, ale niestety tylko i wyłącznie infantylnością. Przykładowo zakończenie – przecież jeżeli dzieci wychowują dzieci, to wiadomo, że powinno się to się źle skończyć. I co? No kaput.

4. W imię, 2013, reż. Małgorzata Szumowska

933989-01

Ksiądz Adam zostaje przeniesiony na jakieś zadupie, gdzie ma prowadzić ognisko dla trudnej młodzieży. Trochę się wyróżnia od tej społeczności, nie tylko zachowaniem czy drogimi gadżetami, ale jak się potem okazuje także upodobaniem do tej samej płci.

I znów hasła: Przełamujący tabu – Wprost; Godny podziwu – Screen International. No dobra, w końcu nie często ogląda się filmy o homoseksualnym księdzu. Może będzie miał TO COŚ. Ale cóż. Miało być kontrowersyjnie, a wyszło jak zawsze. Opinia publiczna szaleje, tygodniki opinii kruszą kopie w swojej wojence, a w film okazuje się wydmuszką.

Akcja filmu długo się rozkręca, mamy jakieś zalążki relacji z trochę opóźnionym w rozwoju Szczepanem zwanym „Dynią”, ale zwiastun sygnalizował jakiś związek z Adrianem „Blondynem”. Jak to wyglądało w praktyce? Księżulek podejrzał go podczas stosunku z innym wychowankiem ogniska. Tyle. Po tym temacie można się było spodziewać więcej perwersji, więcej sytuacji o podtekście seksualnym, czy nawet więcej rozterek i poczucia winy (w końcu to ksiądz). A tak historia się dłuży i dochodzi do przewidywalnego finału.

3. Hardkor disko, 2014, reż. Krzysztof Skonieczny

b15d90fc184b3c1872fc0f9453aecf32

Marcin przyjeżdża do Warszawy by się zemścić na swoich rodzicach (?). Początkowo nie zastaje ich w domu, drzwi otwiera mu Ola, ich córka, z którą potem zaczyna imprezować. Nie przeszkadza to mu w realizacji swoich planów.

Skąd ten znak zapytania? Bo właściwie nic o tym kolesiu nie wiemy. Jedynie rysunki pomiędzy poszczególnymi częściami filmu dają nam do zrozumienia, że łączą go z tymi ludźmi więzy krwi. Co nie przeszkadza mu się przespać z własną siostrą (sic!) a potem matką (sic!).

Świetny plan zemsty, naprawdę. Akcja wlecze się jak ślimak posypany solą. Aż boli. Takich długich ujęć spodziewać by się można w jakimś filmie przyrodniczym o drzewach czy mrówkach, a nie w długometrażowym obrazie. Samochód jedzie drogą przez las. Po kilku minutach dalej jedzie. Po pół godzinie masz wrażenie, że oglądasz to już całą wieczność, a przecież nie wiesz nawet o co dokładnie tutaj chodzi! I raczej się nie dowiesz. Film ma takie zakończenie z dupy, że początkowo nie zauważasz, że właściwie to już koniec. Najgorsze jest to, że mimo wszystko potem myślisz o tym filmie. Bo o co tutaj kurwa chodziło?!

2. Płynące wieżowce, 2013, reż. Tomasz Wasilewski

440117.1

Pływak Kuba, będący w związku z Sylwią, poznaje na imprezie Michała. Ich znajomość przeradza się w coś większego, co nie wszystkim się podoba.

W sumie po obejrzeniu trailera wiecie już wszystko o tym filmie. Wszystko ładnie streszczone, z wyciętą sceną z gejowskiego porno. Ostrego porno. To naprawdę jest krępująca scena dla całej sali kinowej. Rozumiem, że homoseksualizm w Polsce jest często traktowany jak choroba, trzeba więc przełamywać tabu, udowodnić, że to nic złego. Nie no, oklaski dla reżysera, że podjął się tak trudnego tematu, ale pokazanie takich scen seksu raczej nie przybliży go do wzrostu akceptacji dla homoseksualizmu. Do tego fabuła nie porywa, ta historia miłosna jakoś nie porusza, nie rozpala zmysłów. Można by się było spodziewać większej namiętności (nie porno!), a tu dupa. Dosłownie.

1. Big Love, 2012, reż. Barbara Białowąs

big_love1_550

Przeerotyzowany, przeintelektualizowany, nielogiczny. Nawet boję się wracać do niego myślami. Omijajcie szerokim łukiem.

* Wiem, że trochę spłycam temat. Wiem, że powinienem lepiej selekcjonować filmy, potwierdzać ich wartość w kilku źródłach. Wiem, że stojąc prze kinową kasą powinienem wziąć pod uwagę – tak na zdrowy rozum – że jednak – przykładowy – „nowy Bond” może być lepszym widowiskiem niż „ambitna polska produkcja”, ale tak już mam, że lubię obserwować, jak ewoluuje nasz filmowy grajdołek.

Skuteczność: jeden na siedem. Chyba czas zmienić zainteresowania.

Komentarze


Tagi: , , , , , , ,



Back to Top ↑