Kto jest naprawdę fajny?

Opublikowano Lipiec 24, 2013 | przez Gofrey

mowiejakjest

Zabierz babci dowód. Bądź cool. Bądź jazzy. Historia? Liczy się tu i teraz. Wiara? Fascynuje mnie arabistyka i świat islamu, chciałabym kiedyś pojechać do Iranu, chodzić w burce po bezludnych pustyniach. Idealne miejsce do życia? Holandia, wolne konopie, seks na każdym rogu. W parkach, na ulicach, niezależnie od płci.

Fajni? No, fajny jest Wojewódzki, Kuźniar też jest całkiem fajny, fajna jest Kora, Hołdys jest naprawdę fajny, nazwał Kaczyńskiego chujem. Ciuchy? Te z Che Guevarą są zajebiste. Albo z Leninem, to takie szalone, takie… nowe. Muzyka? Wyzwolona. Film? Postępowy. W kulturze? Szokować, wywoływać niesmak u ciemnogrodu, burzyć konwenanse. Polityka? No to chyba jasne, na tych przeklętych prawicowych faszystów głosować zwyczajnie OBCIACH.

Dwa, trzy, może pięć lat temu, ten strumień przemyśleń mógłby być uznany za głos pokolenia. Pojęcia „obciachu” i „fajności” wydają się dziś drewniane i sztywne, ale nie tylko to sprawia, że ten monolog brzmi beznadziejnie. Nie, moda, to co jest na fali i na topie, zmienia się nie tylko w kwestii aktualnie używanych powiedzonek i słówek. To nie tylko zmiana z „zajefajnego” na „kozacki”, czy „obciachowego” na „przypałowy”. To zmiana w myśleniu, która dotyczy większych połaci rzeczywistości, niż moglibyśmy się spodziewać…

Punkt po punkcie, kto tak naprawdę jest dzisiaj „fajny”? Kogo i co warto dziś śledzić, kto i dlaczego dzisiaj jest wzorem?

Przewrót w dziennikarstwie widać gołym okiem, nie trzeba analiz. Wystarczy krótka przebieżka po sieci, by wynaleźć tysiące wpisów wyśmiewających dyżurne autorytety medialne zamknięte w swoich ciasnych klatkach gdzieś na Wiejskiej, Wiertniczej, Woronicza i Czerskiej, w których deliberują o polityce i tym jak żyć, wszystko z pozycji wyroczni i guru.

Coraz częściej słychać pytania – co Wojewódzki w swoim czerwonym Ferrari ma do zaoferowania mnie i moim rówieśnikom, jeżdżącym czerwono-żółtym Ikarusem linii 99A między łódzkimi Bałutami i Polesiem? Co ciekawego do powiedzenia mają autorytety, które całe wakacje spędzają na podróżach między Cyprem i Hiszpanią ludziom, którzy przez jedenaście i pół miesiąca tyrają ponad siły, by uciułać na tydzień biesiady w Ustce, przy budce z goframi? Czym mogą zaskoczyć prasowi publicyści w piątkowych gazetach, w czasach w których dzień wcześniej Wykop, Twitter i Facebook przetrawił i wydalił każdą z afer?

Jednych to zasmuci, innych ucieszy, ale na top wjeżdża młoda krew. Dzisiaj najpopularniejszym dziennikarzem, którego wszyscy stawiają za wzór stał się Mariusz Max Kolonko. Facet, który z wysokości nowojorskich wieżowców widzi łódzką, wrocławską i gdańską ulicę zdecydowanie lepiej, niż stojący w tych samych korkach co my dziennikarze z rodu Kuźniara i Olejnik. Inny przykład: wystarczyło, żeby Krzysiek Stanowski na moment opuścił swoje futbolowe poletko, by krótkim wyznaniem: „jestem idiotą” podbić czołówki wszystkich portali, z prawej do lewej.

Gdzie są wielcy dziennikarze, którzy jeszcze parę lat temu byli fajni? Których słuchaliśmy, czerpiąc z ich słów tajemną wiedzę o życiu, o tym jak mamy myśleć? Gdzie się podziała ich błyskotliwość i ostrość umysłu, skoro po kątach rozstawia ich dowolny dziennikarz sportowy, który po prostu jest o tę decydującą odrobinę bliżej ludzi od nich?

Mija czas starych autorytetów, przychodzi czas nowych, młodych wilków, którzy bezlitośnie rozprawiają się ze zmęczonymi emerytami. Za zmianą w dziennikarstwie, gdzie stare pokolenie gadających głów z telewizji odpada w wyścigu z młodymi, którzy są aktywni na wszystkich możliwych kanałach społecznościowych idzie zmiana w polityce. Krzysztof Bosak, kojarzony z Młodzieżą Wszechpolską, parę lat temu byłby wyśmiewany i wyszydzany jako ulizany pupilek neofaszystów, który uśmiechem i elokwentną gadka chce zamaskować prawdziwe zamiary swoich skin’headowych kolegów. Dziś wspomniany Mariusz Max Kolonko nazywa go Keanu Reevesem – filmowym niepokonanym Neo z „Matrixa”, a odbiorcy jego treści, czytelnicy, widzowie, ludzie, którzy kliknęli „lubię to” obok jego nazwiska na Facebooku zgadzają się z pozytywną oceną. Już nie interesuje ich, czy jakiś pajac z organizacji, z którą jest kojarzony Bosak kiedyś wrzeszczał „heil Hitler”. Interesuje ich to, co mówi teraz, to co pisze, to w jaki sposób komentuje. To, w jaki spokojny, godny podziwu sposób dyskutuje ze starym pokoleniem. Jak Olejnik dostaje przez niego białej gorączki, jak Czarzasty, ten stary wyga z branży, gubi się, jak stary telefon na korbkę z nową aplikacją wypuszczoną przez Skype’a. To Bosak jest dzisiaj fajny. To on „masakruje” swoich dyskutantów, to jego linkują sobie na Facebooku znajomi, to on ma na młodszych realny wpływ. Dziś jeśli książkę/płytę/film poleci Monika Olejnik, nikt po nią nie sięgnie, a opinia przejdzie bez żadnego echa. Ale jeśli zrobi to Mariusz Max Kolonko, setki dzieciaków pofrunie jak na skrzydłach do księgarni i bibliotek.

Polityka? Obciachem nie jest już Kaczyński. Dziś Internet śmieje się z Tuska, z Rostowskiego, który stawia fotoradary w drodze z przedpokoju do kuchni, z Palikota, który wieszczy 26% poparcie, po czym dostaje nieco ponad 4%. Jasne, Kaczyński nie stał się nagle mężem opatrznościowym, ale za to się… opatrzył. Już nie śmieszy. Macierewicz nadal jest dla wielu pajacem, ale ile można się pokładać do dowcipów o paranoi spiskowej. Tym bardziej, gdy coraz więcej osób ma wątpliwości i zastrzeżenia co do oficjalnej wersji zdarzeń w przypadku wielu zagadkowych wydarzeń w kraju i na świecie. Kto staje się idolem? Jakim idolem? Nie ma już idola. Ludzie przestali wierzyć w ludzi, zaczęli wierzyć w idee. Są w stanie poprzeć ludzi, którzy uchodzili i czasem nadal uchodzą za „obciachowych”, o ile aktualnie mają z nimi zbieżne poglądy.

Furorę robi Cejrowski. Idolem bywa Korwin, żartobliwie chrzczony mianem „Korwina Krula”. Sporo osób ceni Wiplera, który – choć przecież do niedawna z PiS-u – tak fajnie opowiadał o tym, jak podczas rekrutacji do biura poselskiego jako jednego z kryteriów użył klucza rodem z gry Baldur’s Gate. Który w wywiadach nie mówi wyłącznie o Smoleńsku i polityce historycznej, ale również o Mass Effect i ciągle czekającym na lepsze, wolniejsze czasy, Diablo III, zainstalowanym na jego laptopie.

Zresztą polityka historyczna, czy ogółem historia też nie jest już tematem tabu. Nie lecimy do Europy na złamanie karku, coraz więcej osób dostrzega walory w naszej własnej historii, w naszej tożsamości. Powstaje komiks o Żołnierzach Wyklętych, którego główny bohater to Jan Hardy.

Ogromną widownię na youtubie zbiera autor Polimatów, krótkich filmików, z których możemy się dowiedzieć o Polsce więcej, niż z lekcji historii. Moda na koszulki z Białym Orłem i patriotycznymi hasłami rozszerza się ze stadionów na studentów, ze studentów na licealistów, z ojców na córki i tak dalej, jak jakaś średniowieczna zaraza. „Ciuchy patriotyczne” to już nie bojówki i brązowa, kojarząca się z Hitlerem, koszula z czarnym krawatem, ale pomysłowe, designerskie koszulki marki „Red is bad” oraz innych z tego sektora.

Orzeł, którego należy się wstydzić to nie ten z naszego herbu, który dumnie spogląda z coraz lepszych jakościowo t-shirtów, ale ten sztucznie pompowany przez „stare” media i prezydenta, podczas akcji „Orzeł może”. Ten potworek z czekolady, przy okazji którego zrzucano z samolotów różowe ulotki. Ten, który przytaszczono na marsz w asyście różowych balonów, choć bez ani jednej biało-czerwonej flagi.

To pokazuje, jak zmienia się retoryka. „Bycie fajnym” na pokaz to strzał w stopę porównywalny z przesadnym patosem, jaki jeszcze kilka lat temu charakteryzował prawicę i – szerzej – wszystkich patriotów. Ta sztuka pisania wiecznego bólu i męki, pełna wzniosłych zdań, pełna epitetów, porównań homeryckich i pięknych metafor o Orle, wyrywającym murom zęby krat.

To odrzucało młodych.

Wtedy fajniejsze były baloniki i sponsorowana przez „Trójkę” herbata z cukrem. Teraz jednak na prawej stronie wyrastają jak grzyby po deszczu takie grupy jak „Hipster Prawica” czyli grupa dziennikarzy starających się pogodzić konserwatywne poglądy z bardzo nowoczesnym stylem działania, jak Pitu-pitu, czyli facebookowy profil idący własną, mocno niezależną ścieżką, daleką od różowych balonów, ale i nie tak patetyczną, jak publicystyka umęczonych pisarzy. Wyrastają miejsca, w których młodzi mogą swobodnie mówić, że pedalstwo ich obrzydza, bez momentalnego wikłania się w przydługawe elaboraty o tym, jak Polska była doświadczana przez wieki swojej historii. W których mogą powiedzieć, że wkurza ich nachalna polityczna poprawność, bez wpadania w faszyzmy, nazizmy i inne tego typu przyjemności do niedawna nieodłącznie związane z młodzieżówkami narodowców.

Nawet artystyczni idole się zmieniają! Lepsze wrażenie niż Kora robi Paweł Kukiz, firmujący swoim nazwiskiem akcję „zmieleni.pl” i pisujący felietony do kojarzonego z prawicą czasopisma „Do Rzeczy”. Wywiad o tym, jak Kazik zniechęcił się do PO i powrócił do wiary w Boga trafia na okładkę innego prawicowego tygodnika, „Sieci”.

O wierze w Boga rapuje Medium, syn innego muzyka, Adama Ostrowskiego, dostaje imiona Jan Paweł, na cześć polskiego papieża. Donatan wypuszcza płytę „Równonoc”, na której odwołuje się do jeszcze głębszych korzeni, nie do chrześcijaństwa, ale do kultury Słowian, do ich wierzeń, tradycji i obyczajów. Płytę zapowiada singiel „Z dziada-pradziada”, tytuł mówi sam za siebie. Sportowcy? Co i rusz pojawiają się tacy jak Adamek, czy Radwańska, albo nawet Artur Szpilka, którzy nie mają problemu z otwartymi deklaracjami dotyczącymi wiary, patriotyzmu czy nawet poglądów politycznych. I wciąż są „fajni”.

Może to mylne wrażenie, ale mamy chyba obrót o 180 stopni na karuzeli pojęć. Dziennikarstwo, polityka, sport, muzyka, media, Facebook, Twitter, Wykop… Wszystko zakręciło się i zawirowało jak w porządnym serialu zza oceanu. Nie ma pewności co jest fajne i modne, ale chyba bezpieczniej przy piwie z nieznajomymi zacytować Kolonkę w koszulce z napisem „red is bad”, niż zachwycać się biografią Wojciecha Jaruzelskiego w koszulce z Che Guevarą.

*autorem grafiki jest Amp z Wykopu

Komentarze


Tagi: , , , , ,



Back to Top ↑