Kto jest „prawdziwym warszawiakiem”? I jakie ma to znaczenie?

Opublikowano Lipiec 16, 2013 | przez Diabeu

projekt-warszawiak5

Kilka dni temu dowiedziałem się, że jestem zwykłym wieśniakiem. Powód? Mieszkam w Warszawie, ale się tu nie urodziłem. Taką opinię wygłosiła typowa kobieta-żul z 30-kilogramową nadwagą, która kilka chwil wcześniej głośno proklamowała, że „swędzi ją cipa”.

W kolejce do małego sklepiku monopolowego przy Polu Mokotowskim wywiązała się kłótnia pomiędzy mną a parą już dość mocno wstawionych, podstarzałych alkoholików. Kazałem im przeprosić moją dziewczynę, którą pod moją krótką nieobecność zdążyli nazwać wieśniarą. Mnie też się dostało. Ich powody najlepiej pominąć, bo były totalnie prozaiczne – chodziło o przypadkowe niedomknięcie drzwi w klimatyzowanym pomieszczeniu. Dziwne, że nagle nie pojawiła się policja i nie zamknęła nas w więzieniu.

Wspomniani troglodyci – oczywiście dumni z siebie, prawdziwi i rodowici warszawiacy – tak bardzo przejęli się ryzykiem podniesienia temperatury w pomieszczeniu, które nawet do nich nie należy, że musieli puścić bełkotliwą wiązankę w kierunku obcej osoby. Usłyszeliśmy, że jesteśmy wieśniakami i nie umiemy się zachować, bo – uwaga, uwaga – nie urodziliśmy się w stolicy. A jeśli mamy na ten temat inne zdanie, to możemy wyciągnąć dowody osobiste i „zaraz zobaczymy kto tu jest prawdziwy, a kto nie”. Tak mnie ich ta głupota wzruszyła, że prawie doszło do rękoczynów.

Ani ja, ani moja dziewczyna faktycznie nie urodziliśmy się w Warszawie. Wychowaliśmy się pod Poznaniem, a do stolicy przyjechaliśmy jakiś rok temu. Ona na studia, ja do pracy. Od zawsze byłem związany z mediami, więc niby gdzie miałbym się przeprowadzić, do (z całym szacunkiem panie pośle) Kalisza? Właśnie dlatego pierwsza lepsza najebana wieśniara (tak jest!), podpierająca się o równego sobie wieśniaka z czerwonym ryjem, nie będzie obrażała ani mnie, ani mojej dziewczyny tylko dlatego, że jesteśmy przyjezdnymi. Bo jeszcze w ryj mogę dać, dać mogę.

Cała ta szopka z rozkazem „wyciągaj dowód” wyglądała mi na żałosną próbę leczenia kompleksów. Wspomniany babsztyl i jej konkubent (uwielbiam to słowo) są po prostu sfrustrowani tym, że jedyne co potrafili w swoim życiu dobrze zrobić, to kilkaset flaszek najtańszej wódy. I teraz próbują grać królewską parę, zasłaniając się swoim szlachetnym pochodzeniem i próbując eksponować swoją czystą warszawską krew. A w rzeczywistości reprezentują sobą mniej więcej tyle wartości, ile może reprezentować kupa gówna leżąca na prawdziwych warszawskich chodnikach. Jeśli to miałaby być reprezentacja stolicy, to można by jej szczerze współczuć.

Inna sprawa jest taka, że prawdziwych, rdzennych warszawiaków już raczej nie ma, albo zostało ich bardzo niewielu. Większość zginęła w Powstaniu Warszawskim, a inni też nie wzięli się z powietrza, tylko też tu kiedyś przyjechali. Poza tym, cała ta wojna o słoiki (czy też słoików) i licytowanie się o to, kto jest prawdziwy, a kto udawany jest kompletnie bezcelowa. I ma tyle samo sensu, co te wszystkie uogólnienia, że krakowianie to są tacy, poznaniacy tacy, a warszawiacy jeszcze inni. Ot, zwykłe pierdolenie.

Prawda jest taka, że ludzie są różni i kompletnie nie zależy to od miejsca ich pochodzenia. Buraka można spotkać wszędzie, a tym bardziej w centrum Warszawy widuje się ich wyjątkowo wielu. Ludzie są różni: mądrzy i głupi, dobrzy i źli, skąpi i hojni, a najczęściej – trochę dobrzy, trochę źli, trochę skąpi, trochę hojni. Szkoda tylko, że w oczy zawsze najbardziej rzucają się ci najgłupsi.

Komentarze


Tagi: , , , , ,



Back to Top ↑