Kto nie lubi rolek, ręka w górę

Opublikowano Kwiecień 28, 2013 | przez ZP

rolki

Jeżdżenie na rolkach jest dla mnie uzasadnione tylko w jednym przypadku: jeśli laska chce ujędrnić sobie uda i pośladki. W każdej innej sytuacji używanie tego środka lokomocji/dostarczania tzw. frajdy uważam za niepokojące dziwactwo.

Na świecie nie brakuje oryginałów. Jedni lubią sobie puścić głośnego bąka w kinie. Inni bekają na kolacji u przyszłych teściów. Na ulicach widujemy takich, którzy notorycznie drapią się po jajach.

Rolkarzy wcisnąłbym właśnie do tego grona: delikatnych wariatów. Nie napiszę niegroźnych, ponieważ nie byłaby to prawda. Oni bywają naprawdę niebezpieczni. Dla siebie i pozostałych uczestników ruchu.

Ileż to razy widziałem sytuacje typu: dwie przyjaciółki wywijały na ulicach jakieś pseudopiruety, które kończyły się wjechaniem w babcię, targającą zakupy z Auchana. Albo: rolkarz wpieprza się na ścieżkę rowerową, na której doszłoby do masakrycznego wypadku gdyby nie refleks kolarza.

Zdarzały się też tzw. samobóje: początkujący miłośnik rolek uwierzył w to, że jest już Leo Messim tego sportu, co kończyło się brutalnym spotkaniem trzeciego stopnia z krawężnikiem. Chwila nieuwagi i trzeba odłożyć sprzęt do jazdy, by skupić się na szukaniu stomatologa, który wstawi nam jedynki i dwójki za mniej niż kilka tysi.

Życie.

To nie jest tak, że krytykuję sport, którego nie znam od wewnątrz. Jako nastolatek jeździłem na rolkach, i to wielokrotnie. I to nie w taki sposób, że ledwo trzymałem pion modląc się na każdym metrze, aby nie rozbić głowy. Nie, ja byłem w te klocki całkiem przyzwoity.

Trenowałem przez kilka miesięcy. Nie dlatego, że sprawiało mi to frajdę, a ponieważ koledzy z osiedla mieli mega zajawkę. Nie chciałem być gorszy, to też jeździłem. I wiecie co? Ani przez moment nie poczułem tego czegoś. Wolności, wiatru we włosach, czystości umysłu. Zero. Nic.

Rolki są mi tak obojętne, jak curling. I pewnie w związku z tym nie za bardzo mogę zrozumieć, jak ktoś może zakochać się w tym sporcie. Oddać mu się w całości. Ćwiczyć kilkanaście godzin tygodniowo. Umawiać się ze znajomymi na spotkania i wspólną jazdę. Totalnie tego nie łapię. Bieganie – tak, może być fascynujące. Rower – a i owszem bywa fantastyczny. Kajaki – są spoko, to uczucie kiedy wpadasz do wody w kamizelce bywa zabawne. Rolki? Never ever.

To już ciut lepiej kojarzą mi się wrotki (ale też bez rewelacji) – kilka razy poznałem fajne kelnerki, które w specyficznych, kreowanych na amerykański styl knajpach poruszały się między stolikami właśnie na nich.

Wiem, że niejeden rolkarz oburzy się po tym tekście. Uzna, że przecież rowerzyści też bywają głupi i nieodpowiedzialni. Pomyśli, że bieganie czasem jest bardziej monotonne od jego sportu. I wiecie co? Po części się zgadzam. Każdą dyscyplinę trenują idioci, w 99% sportów bywają nudne momenty – to niezaprzeczalne fakty.

Mam jednak wrażenie, graniczące z pewnością, że najwięcej osłów jeździ na rolkach. Ta opinia nie bierze się znikąd – na ulicach różnych miast latem najczęściej oglądałem głupawe kolizje właśnie z udziałem miłośników tego sportu. Dodam, że 90% z nich wynikała z ich nieodpowiedzialności, a nie z głupoty innych.

Tu nasuwa się pytanie: dlaczego akurat rolki przyciągają tylu kretynów? Bo nie wymagają takiej kondycji, jak poważne bieganie, więc każdy jeden przeciętny matoł może się za nie zabrać? Ponieważ są w Polsce od stosunkowo niedawna i nie spowszedniały nam tak, jak rowery, znane i lubiane już za komuny? Bo są relatywnie tanie i łatwiej uprawiać ten sport niż np. triathlon?

Pytań jest bez liku, raczej nie znajdziemy tu konkretnej odpowiedzi, która pozwoli nam postawić poważną tezę. Oczywiście poza tą jedną, niezaprzeczalną: na rolkach powinno się jeździć tylko wtedy, kiedy jest się kobietą z zajebiście dużą ilością cellulitu na cm2 ciała i z dupą-galaretą, trzęsącą się bardziej niż Tokio podczas earthquake’a.

 

foto: www.polskieradio.pl

Komentarze


Tagi: , ,



Back to Top ↑