Lasery, megafony, ochroniarze, czyli jak Spielberg kręci we Wrocławiu

Opublikowano Listopad 21, 2014 | przez MB

spiel

Odkąd jak grom z jasnego nieba padła informacja, że Steven Spielberg będzie kręcił we Wrocławiu swój nowy film, miasto zamieniło się w jedną wielką erekcję. Gwiazdorzy przyjechali, rozłożyli manele i już po kilku dniach podniecenie opadło. Zaczęli bowiem działać mieszkańcom na nerwy…

Wizyta reżysera „E.T.” we Wrocławiu przypomina tajną misję CIA. Hotel, w którym zatrzymał się Spielberg, jest ścisłą tajemnicą. Prawdopodobnie nawet właściciele nie mają pojęcia, że u nich nocuje. Fani snują swoje domysły i wystają pod drzwiami przypadkowo wybranego budynku czekając na autografy. Oczywiście na próżno. Dziennikarze z kolei muszą bawić się w zaawansowane podchody, by sfotografować daszek czapki reżysera. Jedyne zdjęcia, jakie można obejrzeć w sieci, to ujęcia z dużej odległości, raczej niewyraźne. W takich okolicznościach w każdej innej sytuacji od razu do netu poleciałyby amatorskie foty strzelane z balkonów i z klatek schodowych. Jednak nie tym razem.

Na potrzeby zdjęć reżyser „E.T.” zajął w sumie… cztery ulice. Za każdym razem, gdy ekipa pojawia się na jednej z nich, plan zdjęciowy jest strefą zamknięta, pilnie strzeżoną przez ochroniarzy i niedostępną dla nikogo spoza świty Spielberga. Jest też bardzo rozległy i zajmuje o wiele więcej przestrzeni, niż można było się spodziewać. Mieszkańcy narzekają na brak miejsc do parkowania, zablokowane podwórka i konieczność nadkładania metrów w drodze do domu. Są to jednak problemy, z którymi przez kilka dni da się żyć. Chociażby w imię sztuki, niech jej będzie. Patologia zaczyna się wtedy, gdy ktoś nieopatrznie podejdzie do okna.

Poza zakazem robienia zdjęć na planie, inne oficjalne dyrektywy związane z powstawaniem filmu „St. James Place” nie zostały wystosowane. Nieoficjalnie jednak obostrzeń jest cała masa. O ile prawo autorskie faktycznie obowiązuje w przypadku wyznaczonej strefy, o tyle robienie zdjęć z balkonów i okien jest absolutnie dozwolone. W momencie, w którym ani Spielberg, ani aktorzy celowo nie ukrywają się pod zadaszeniami, można cykać im fotki. Przebywają w końcu w miejscu publicznym. Żeby jednak je zrobić, trzeba najpierw… zbliżyć się do własnego okna. Mieszkańcy nie mają na to szans, ochroniarze czujnie ich pilnują. Gdy widzą w oknie postać, walą po oczach laserem i wrzeszczą przez megafony. Każdy kibol wie, że tego robić im nie wolno.

Jednocześnie jest to bardzo cwane zagranie. Osoby, które w ten właśnie sposób zostały potraktowane przez ochroniarzy Spielberga, mogą ubiegać się o hajs z odszkodowania, ale dopiero wówczas, gdy udowodnią uszczerbek na zdrowiu. Przebiegłe chuje wszystko przemyślały.

Mieszkańcy zajmowanych ulic traktowani są jak intruzi. Okna to jedno, dwa, że dochodziło do incydentów, w których ochroniarze próbowali wyrzucać ludzi z klatek schodowych, obszukiwać ich i rekwirować sprzęt. To samo dotyczy dziennikarzy, którzy, traktowani jak zło konieczne, są pod szczególnym nadzorem.

Podczas instalacji scenografii i ogrodzeń w ogóle nie przejmowano się sklepikarzami i restauratorami. Hollywoodzkie instalacje skutecznie odcięły ich lokale od reszty miasta, przez co obroty lecą na łeb, na szyję. W przypadku małych lokalnych przedsięwzięć tydzień zerowego przychodu jest mocno odczuwalny.

Najgorsze jest jednak to, że miasto kompletnie wypięło się na wrocławian. Jeśli czują się pokrzywdzeni, o jakiekolwiek rekompensaty muszą ubiegać się na własną rękę. Nie powinni spodziewać się pomocy od którejkolwiek z miejskich instytucji. Takie zachowanie mocno rzutuje więc na wizerunek Wrocławia jako miasta przychylnego mieszkańcowi.

Ciekawe, jaki film powstanie z tego całego zamieszania. Steven Spielberg nie był ostatnio w najlepszej formie. Ani jako producent („Kowboje i obcy”, „Faceci w czerni 3”, „Transformers: Wiek zagłady”), ani jako reżyser (przeciętne „Przygody Tintina”, napompowany „Lincoln”). Do wypłaty odszkodowań pieniężnych pewnie nie dojdzie, więc jedyny sposób na wynagrodzenie ludziom wszystkich niedogodności i nadużyć jaki pozostał, to zrobienie produkcji na wysokim poziomie. Fakt, że do Wrocławia pofatygował się sam Tom Hanks, nie wystarczy. Szczególnie, że i on nie zawsze jest gwarancją dobrej jakości („Atlas chmur”).

Sporo zachodu z tymi gwiazdami.

Komentarze


Tagi: , , , , , , ,



Back to Top ↑