Lekcja religii na przejściu dla pieszych. Na ulicach pojawiła się objazdowa katecheza

Opublikowano Październik 31, 2013 | przez MB

samościół

Podstawowy zarzut wobec kościoła rzymsko-katolickiego jest taki, że stoi w miejscu. Jest archaiczny, zacofany, nie nadąża za zmianami obyczajowymi, jest mało elastyczny. O zmianę tego wizerunku od kilku miesięcy stara się jednostka we Wrocławiu. Wprowadziła całkowicie rewolucyjny (co nie znaczy, że zajebisty) system szerzenia Słowa Bożego.

Pomysł jest genialny w swojej prostocie, ponieważ bazuje na legendarnym koncepcie samochodów z lodami. Wydaje mi się, że można je jeszcze spotkać tylko w małych miejscowościach albo w amerykańskich filmach z lat 90. Charakterystyczna melodyjka, białe, różowe bądź żółte barwy i chmara zombie-dzieciaków zabijających się o Bambino.

Potem okazało się, że w podobny sposób można sprzedawać nie tylko lody, ale także reklamę. Patent podchwyciły telefonie komórkowe. Ich odpicowane fury z megafonami na dachu swego czasu siały spustoszenie w nadmorskich kurortach oferując promocje, konkursy i zabawy. Często pojawiały się też wyłącznie z banerami doklejonymi w formie przyczepki.

Metodę marketingu mobilnego błyskawicznie przechwyciły sztaby wyborcze głosząc swoje puste hasła zza kierownic Mercedesów. Do dziś w ten sposób reklamują się małe firmy oferujące tapetowanie ścian, utylizację śmieci albo wulkanizację. Tego typu reklamy stały się już stałą częścią miejskiego krajobrazu i nikogo nie dziwią. Bardziej wkurwiają. Równie mocno co… objazdowa katecheza.

Regularnie w dni powszednie między godziną 11 a 12 centralnie pod oknem mojego miejsca pracy zjawia się biały, nieopancerzony wehikuł. Za to solidnie uzbrojony. Z lewej mańki wydziarana Matka Boska, z prawej Jezus Chrystus. Kilka tablic ogłoszeniowych i szczekaczka. Zatrzymuje się, najczęściej w miejscu niedozwolonym, i rozpoczyna swoją misję. Bliżej nieokreślona załoga samochodu na pełnej parze nadaje z fury litania, czytania, modlitwy, przykazania i kościelne mądrości.

Ekipa z kato-dżipa wozi się po Wrocławiu i wytrwale, jak przystało na duszpasterzy, kilka godzin dziennie swoje formułki klepie. Kwestią czasu wydają się więc protesty niezadowolonych mieszkańców miasta, którym już po dwóch miesiącach zaczął przeszkadzać „śpiewający przystanek” Arkady Capitol.

Ton mojego tekstu nie czerpie swojego źródła, broń Boże, z uprzedzenia do tego konkretnego wyznania czy nienawiści do Kościoła. Jest jedynie wyrazem niezadowolenia ze zbyt intensywnej ingerencji jego przedstawicieli w życie wierzących lub nie, a także sprowadzania religii do poziomu podwórkowego handlu i siłowego jej wciskania ludziom.

Przemawia przeze mnie również troska o instytucję z i tak już nadszarpniętym wizerunkiem. A właściwie z wizerunkiem, który sięgnął bruku.

Mimo że nie jestem wrogo nastawiony, to codzienna mimowolna katecheza doprowadza mnie do szału. Za każdym razem mam ochotę otworzyć okno, chwycić za monitor i jebnąć nim w tego białego rzęcha. Nigdy jednak do czynów nie przeszedłem i pewnie nigdy nie przejdę. Nie wszyscy jednak są w stanie nad sobą zapanować.

Bo kto to widział, żeby nawracać ludzi przed obiadem?

Komentarze


Tagi: , , , , ,



Back to Top ↑