Lepiej popatrzeć w… sufit niż spędzić „Weekend z królem”

Opublikowano Marzec 3, 2013 | przez Dżordż

murray

Autorzy tego filmu chcieli stworzyć połączenie krwistego romansu z zabawną komedią. Nie wyszło. „Weekend z królem” to banalny, nudny, przewidywalny do bólu obraz. Nie ratuje go nawet bardzo dobry, jak zawsze, Bill Murray.

Franklin Roosevelt został zapamiętany przez świat nie tylko jako najdłużej panujący amerykański prezydent w historii. Nie tylko jako przywódca mocarstwa, który z powodu ciężkiej choroby był częściowo sparaliżowany. Ale również jako mężczyzna jurny, mający słabość do – niekoniecznie specjalnie urodziwych – kobiet.

Te trzy kwestie plus fakt, że Roosevelt rządził USA w ciekawych dla świata latach 1933-45 sprawiają, że jego życie rzeczywiście jest kapitalnym materiałem na film. Polityczny dramat pełen seksu w trakcie oglądania którego widzowie będą mieć ciary na plecach – tak wyobrażam sobie tę biografię.

Niestety, „Weekend z królem” nie ma nic wspólnego z tą wizją. W ogóle nie porusza kwestii Roosevelta-prezydenta, skupia się głównie na jednej kwestii: jego romansu z… kuzynką.

Z tego wątku też można by wycisnąć coś ciekawego, pod warunkiem, że byłby pokazany perwersyjnie, mroczno, z nutką pieprzu. Roger Michell tego jednak nie robi. Relacja Franklina z Daisy jest… nudna. Oglądają razem znaczki, gadają jakieś pierdoły, czasem dotkną się palcami. Ani to zmysłowe, ani zawadiackie.

Człowiek strasznie męczy się oglądając to na ekranie. Szczególnie, że główną bohaterkę gra niejaka Laura Linney, wyjątkowo bezbarwna amerykańska aktorka. Nie kojarzycie nazwiska? Nie dziwie się, dziewczyna jest z twarzy podobna do nikogo, ciężko ją zapamiętać, serio, a grała przecież w paru znanych filmach, choćby w „Love Actually”.

Murray na jej tle wypada jak profesor, choć nie jest tak genialny, jak chociażby w „Między słowami”. Bill nie jest jednak w stanie sam uratować tego filmu, który reżyser zabił nie tylko minusowym poziomem napięcia seksualnego, ale i słabym dowcipem. Główny, a właściwie chyba jedyny żart: Król Jerzy VI i jego żona Elżbieta, odwiedzający Roosevelta w USA, nie mogą przeżyć, że podczas oficjalnego spotkania daniem głównym będą hot-dogi. Gdy stresują się tym za pierwszym razem, jest to nawet zabawne, niestety reżyser nie wiedział kiedy powiedzieć stop i powtórzył gag kilkukrotnie, przez co staje się on po prostu irytujący.

Podobnie jak cały film, przebiegle reklamowany w Polsce jako kolejna część znakomitego „Jak zostać królem”. Tak naprawdę „Weekend” ma z nim tyle wspólnego, że drugoplanową postacią jest tu wspomnany Jerzy VI, bohater „Jak zostać królem”, którego nie gra zresztą fantastyczny Colin Flirth, tylko dużo mniej znany Samuel West…

Komentarze

Namiętność i pasja
Poczucie humoru
Uroda bohaterek
Bill Murray-Franklin Roosevelt

Podsumowanie: Nie warto iść na to do kina, nie warto obejrzeć tego nawet w telewizji. Nuda.

2


Ocena użytkowników: 0 (0 głosów)

Tagi: , , ,



Back to Top ↑