Lepszy Szyc niż nic

Opublikowano Maj 1, 2013 | przez MB

wojna polsko ruska

Jeżeli w Polsce istnieje uniwersalny aktor, który bezwstydnie wali głupa przed kamerą i jednocześnie jest wiarygodny w roli Hamleta, to jest nim Borys Szyc.

„Newsweek” zaatakował Szyca nazywając go „najgorszym polskim aktorem”. Borys się obraził i chce wytoczyć sprawę. Może reaguje zbyt mocno, ale nie będę się przy tym upierał. Za to przy opinii, według której jest to jeden z najlepszych polskich aktorów, jak najbardziej.

szyc okładka

Dorobek artystyczny aktora nie zawsze zależy od niego samego. Znak czasów. Aktor to rzemieślnik i wyrobnik. Gra, co ma do zagrania i zbiera hajs. Świetnie, kiedy swoją robotę wykonuje najlepiej jak potrafi, co akurat wcale nie jest takie oczywiste. Raz trafią się role na miarę „Wojny polsko-ruskiej”, raz na miarę „Kac Wawy”.

Dla widza najważniejsze jest, by aktor pozostawał autentyczny niezależnie od fuchy. Można się obrażać na Szyca za to, że wystąpił w takich gniotach jak „Sztos 2”, „Bitwa pod Wiedniem” czy „Randka w ciemno”. Nikt jednak nie jest w stanie odebrać mu naturalności i warsztatu, który prezentuje w teatrze. Dlatego mocne słowa poczytnego tygodnika wydają się zupełnie nie na miejscu.

Szyc został „oskarżony” o rzekomy wkład w upadek polskiej kinematografii. Umówmy się, polska kinematografia upada przez scenarzystów-grafomanów oraz reżyserów bez wyobraźni. Aktorzy jedynie muszą w tych gównach grać, bo taka jest ich praca. To trochę tak, jakby za stan polskiego przemysłu spożywczego obwiniać zmęczoną ekspedientkę z Biedronki.

Zastanawiam się, jak wyglądałaby dziś polska kinematografia, gdyby nie powstały takie filmy jak „Symetria”, „Kret”,  „Enen”, „Mniejsze zło”, wspomniana „Wojna polsko-ruska”, czy nawet „Testosteron”. W każdym z nich Szyc stworzył silną i wyrazistą kreację. A i w serialu nie daje dupy.

W Polsce zjawisko szlajania się po żenujących produkcjach w celu wyłącznie zarobkowym jest powszechne. Tomasz Kot. Od czasów „Skazanego na bluesa” regularnie pojawia się w szmirach: „Dlaczego nie!”, „To nie tak jak myślisz, kotku”, „Ciacho”, „Wyjazd integracyjny”, a samego siebie przeszedł w „Hansie Klossie”.

Wybitny Jan Frycz posiada w dorobku wstydliwe epizody w „Tylko mnie kochaj”, „Jeszcze raz”, „Weekend” oraz „Och, Karol 2”. Danuta Stenka balansowała na granicy żenady w „Quo Vadis”, „Katyniu”, „Lejdis” i „Idealnym facecie dla mojej dziewczyny”. Ich wkład w upadek polskiej kinematografii powinien więc być równomierny.

Za Szycem stoją dobre role. Stoją umiejętności i charakter (oraz opinia zadymiarza). Obrana ścieżka kariery udowadnia, że jest w pełni świadom swojego fachu oraz funkcji aktora dziś. Przenoszenie słowem gór to jedno. Po drugiej stronie stoi dzika rozrywka. W skurwiałym polskim show-biznesie odnajduje się więc jak mało kto. Czy sam bywa kurwą? Jasne, że tak. Ale za to luksusową.

„Jak długo można grać w byle czym i udawać artystę?” Tak długo dopóki ma się jaja, by z nerwami na wierzchu zagrać Silnego, Alberta i Hamleta.

Komentarze


Tagi: , ,



Back to Top ↑