(Nie)młodzi-gniewni z Polski żyją w kiepskich warunkach

Opublikowano Grudzień 6, 2013 | przez Pato

balagan

Sram tam, gdzie jem – mówi bohater pewnego filmu, gdy była paczka z liceum spotyka się po latach i opowiada, co im w życiu wyszło, co spieprzyli, no i ogólnie jakie mają plany, żeby przez następne lata nie siedzieć na dupie i nie mówić „mogłem”. Mogłem być X, mogłem zrobić Y, mogłem mieszkać w Z. Niestety aktualnie nie mieszkam, bo jak wiadomo – sram tam, gdzie jem…

Spodobał mi się ten cytat. Spodobała mi się szczerość, z jaką trzydziestolatek zwierza się kumplowi, że… trochę mu nie wyszło. Że nie udało mu się odziedziczyć pięknej hawiry, wziąć kredytu albo przynajmniej wynająć czegoś, co przypominałoby mieszkanie. On po prostu sra tam, gdzie je, czyli ma kibel połączony z kuchnią i żadnych perspektyw na przyszłość. To film. A życie? No muszę was rozczarować – w życiu jest tak samo, albo gorzej.

Patrzę na współczesnych dwudziestoletnich, trzydziestoletnich i z przykrością stwierdzam, że większość z nich mieszka w klitkach. W wynajmowanym czterdziestometrowym kwadracie, gdzie do czynszu dokładają się cztery osoby, kombinując jak tu dotrwać do pierwszego. Pożycz raz, pożycz znowu. Za chwilę pożycz stówkę po raz trzeci…

Jeśli masz stabilniejszą sytuację i odrobinę odwagi – możesz wynająć kawalerkę. Problem w tym, że są to zwykle kawalerki typu liście na podłodze i firanki maczane w kawie. Ledwo otwierające się łóżko ze ścianami, które na wyrywki poznały całą tablicę Mendelejewa. W Warszawie niektórzy za takie przybytki każą sobie płacić 1500 złotych… Niektórzy próbują się na to godzić. A potem o 9 rano przekraczają próg szklanego budynku korporacji i radzą przedsiębiorstwom, jak wydawać miliony. Pomieszanie z poplątaniem.

To żaden cios w ich stronę. Każdy wie, jak jest. Sam mieszkałem w rozpadającym się akademiku, w bloku przypominającym 997 albo w totalnym rozpiździelu, gdzie stało łóżko piętrowe, a stolik był w takim stanie, że kieliszki po wódce za nic nie chciały się od niego odlepić. To wesołe czasy, których nic nie zastąpi, ale które… no umówmy się – nie mogą trwać wiecznie. Firanki o kolorze kawy w końcu trzeba wyprać, liście z podłogi pozbierać, a stolik oblany wódką w końcu należałoby przetrzeć. Tak to mniej więcej powinno wyglądać, ale zazwyczaj wygląda średnio.

Odwiedzam różne mieszkania i albo widzę dziurawe materace, albo stosy butelek, albo – co też się zdarza – osrane deski klozetowe. A wszystko to dzieje się nie na squocie Syrena tylko w poważnych mieszkaniach poważnych ludzi. Osobnik X potrafi czarować na szklanym ekranie erudycją, a w domu nie ma spłuczki (gdzie jest wiadro?). Koleś Y dostaje dwucyfrową pensję z przodu, a od miesięcy nie kupił papieru. Podciera się pierwszą lepszą gazetą. No mógłbym mnożyć te przykłady, ale i tak wszystko sprowadza się do jednego:  mieszkamy w klitkach i chyba nawet za bardzo nie staramy tego zmieniać. Po co nam spłuczka? Po co papier? Po co normalna szafa z ubraniami, skoro wszystko można zrzucić na podłogę? Pod kaloryfer. Albo telewizor. O, tak telewizor. Koniecznie 52-calowy, tak, żeby przykrył wszystkie niedostatki.

Komentarze


Tagi: , , , ,



Back to Top ↑