Live Escape Room, czyli jak wsiąknąć na weekend lub dwa. Ewentualnie piętnaście

Opublikowano Kwiecień 20, 2016 | przez ZP

escape-rooms-london-bridge-live-escape-game-room-33-qing-dynasty-vase-lobby

Wchodzisz do ciemnego pokoju, do którego nie dociera jakakolwiek cieniutka smuga światła z zewnątrz. Wiesz tylko, że dokonało się w nim morderstwo i że jeśli szybko czegoś nie wymyślisz, to ty będziesz następną ofiarą. W takim lub podobnym klimacie rozpoczynają się najczęściej gry typu Live Escape Room, które podbijają mapy atrakcji praktycznie każdego większego miasta w Polsce.

Jeśli wasze szkolne lata przypadły na początek obecnego stulecia, na pewno kiedyś spotkaliście się z prostymi flashowymi grami typu Room Escape. Bodaj pierwszą z gatunku była Crimson Room Japończyka Toshimitsu Takagi, polegająca na zbieraniu przedmiotów, które otwierały kolejne kłódki, kolejne szuflady, uruchamiały kolejne mechanizmy, by wreszcie dostać się do klucza i wydostać z ciasnych czterech ścian. Później kolejne wyrastały jak grzyby po deszczu, a wraz z rozwojem tabletów i smartfonów z grafiką wysokiej rozdzielczości, stawały się coraz bardziej skomplikowane i coraz bardziej dopracowane. W porównaniu z kanciastym Crimson Room, ostatnie produkcje jak choćby trzyczęściowy (jak na razie) The Room, który przykuwa do tabletu śliczną oprawą i genialnym klimatem na ładnych parę godzin.

Kwestią czasu było więc, gdy ktoś poukłada sobie w głowie te klocki w odpowiedni sposób i pomyśli: hej, skoro ludzie godzinami walczą przed komputerem o to, by móc wydostać się z zamkniętego pokoju, to dlaczego nie zrobić czegoś takiego w rzeczywistości. Na to również wpadł Japończyk, Takao Kato, który niemal dekadę temu w Kyoto otworzył pierwszy Live Escape Room, nazwany „Scrap”.

Strzał w dziesiątkę? To mało powiedziane. Na pierwsze zorganizowane przez Kato wydarzenie bilety rozeszły się na pniu, mimo że informacja o nim pojawiła się tylko w jednej z niskonakładowych gazetek. Ludzie potraktowali wyzwanie niezwykle poważnie, jednak przy pierwszym podejściu ledwie sześciu osobom (na stu pięćdziesięciu chętnych) udało się złamać wszystkie zagadki Japończyka.

– Zabawa była naprawdę fajnie zaplanowana, na uczestników z sufitu spadały lalki udające martwe ciała, musieli odnajdywać drogę w kompletnej ciemności, odblokowywać kolejne etapy na przykład poprzez skierowanie wiązki światła na odpowiednie miejsce za pomocą lustra – opowiada Kato.

2hs83nq

Dziś alternatyw dla jego pokojów powstaje całe multum. Japonia nadal pozostaje Świętym Graalem escapeowców, ale i na domowym podwórku można znaleźć prawdziwe klimatyczne perełki. W Polsce obecnie Live Escape Games wyrastają jak grzyby po deszczu, a żeby zjeździć wszystkie, trzeba by poświęcić kilka ładnych tygodni. Twórcy wyczuli bowiem, że to fajny i przyjemny sposób na własny biznes. Choć niestety – wielu z nich dla zysku obniża poziom gry i zamiast szukać ciekawych rozwiązań, potrafi pokój zaminować „po taniości” – tandetnymi kłódkami, porozrzucanymi w różnych miejscach kluczykami i starymi gratami, których nie zdążyli się pozbyć ze strychu.

Na szczęście wciąż wielu twórcom się chce (recenzje i oceny poszczególnych Escape Roomów można znaleźć na stronie www.lockme.pl) i rywalizują o klienta nie tylko ładną stroną internetową (przenigdy się tym nie sugerujcie), ale przede wszystkim tym, co niewidoczne dla oczu. Takie triki jak kolejne etapy gry odblokowywane przez nadanie odpowiedniego komunikatu kodem Morse’a czy szafa, która prowadzi do drugiego pomieszczenia, zaaranżowanego na upiorny cmentarz i która po zamknięciu blokuje się od wewnątrz rozdzielając zmagającą się z wyzwaniem grupę robią klimat i sprawiają, że chce się więcej i więcej.

Najlepszy, sprawdzony sposób na to, by nie trafić na minę przy swoim pierwszym podejściu? Sprawdzić liczbę rezerwacji na weekendy. Na najbliższe dwa-trzy nie ma już wolnych miejsc? Spokojna głowa, pójdziecie za cztery i się nie zawiedziecie.

Tylko uwaga – to uzależnia.

Komentarze


Tagi: , , ,



Back to Top ↑