Łódź Street Food Festival. Dobre jedzenie w opuszczonych fabrykach

Opublikowano Kwiecień 28, 2015 | przez Gofrey

11188337_479506922199491_697043810962019447_n

Symbolika i jakieś poetyckie złączenie przeszłości z teraźniejszością biją po łbie mocniej niż wódka w którejś z pobliskich bram. Mamy przed sobą stary kompleks fabryk, które przez lata traciły swój blask. Kiedyś mieścił się tu duży przemysł, jeden z licznych „łodzian z wyboru” rozkręcał tutaj produkcję maszyn włókienniczych, w które zaopatrywał lokalnych magnatów bawełny.

Wówczas w tym mieście wszystko rosło jak dobrze wypieczone domowe ciasto, więc i przy Piotrkowskiej 217 nie narzekano na brak pracy. Potem był już tylko bezruch i powolna dewastacja całego obiektu. Trochę jak historia całego tego miasta. I gdy już wydawało się, że jedyną przyszłością kolejnego pofabrykanckiego budynku powoli aspirującego do miana zabytku jest wyburzenie…, bam. Ktoś postanowił jeszcze raz tknąć ducha przedsiębiorczości w te opuszczone hale.

Dobra, trochę przeszarżowaliśmy z epitetami, ale wybaczcie, ten obrazek naprawdę chwytał za serce. W weekend odwiedziliśmy kolejną edycję łódzkiego „Street Food Festival”, podczas którego na dwa dni przez lata opuszczone hale fabryczne zamieniają się w tętniące życiem centrum dobrego jedzenia i jeszcze lepszej zabawy. Czym jest ów „Street Food Festival”? Najprościej rzecz ujmując: to powrót do chlubnych korzeni małej przedsiębiorczości. Nie wystawiamy naszych stoisk każdego dnia, za to wszyscy razem zbieramy się w specjalny dzień targowy na lokalnym rynku.

Tak jest i w tym miejscu. Co kilka miesięcy na sporej przestrzeni między ulicami Piotrkowską i Kościuszki zbierają się przedstawiciele gastronomii z Łodzi i jej bezpośrednich okolic, by – zgodnie z hasłem „w kupie siła” – przyciągnąć do swoich stoisk z jedzeniem jak największą liczbę klientów. Ani jedna z budek oferujących swoje specjały odwiedzającym festiwal łodzianom nie byłaby w stanie dotrzeć do tak szerokiej publiki w pojedynkę, czy nawet w zespole pięciu czy sześciu firm. Dopiero działanie na wielką skalę przynosi wielkie efekty. Na łódzkim festiwalu ulicznego żarcia stawiło się więc nie pięć i nie dziesięć, ale około osiemdziesiąt firm i firemek, które łączy miłość do jedzenia.

„Food-trucki”, czyli jedzenie prosto z paki ciężarówki. „Slow-food” oferowany przez kupców rozstawionych w hali. Winiarnia. Kilka wolnych stoisk. Gdzieś pomiędzy nimi ławki, parasole oraz gościu z tabliczką „przytul mnie”. Nie jest to może Oktoberfest, ale zebranie takiej oferty w takim miejscu musi robić wrażenie. Od wejścia bombarduje nas bowiem cała masa przysmaków, których w „normalnych” okolicznościach na ulicy raczej się nie spotka. Burgery, belgijskie frytki i kiełba na tysiąc sposobów to oczywiście klasyka i niezbędnik, ale już wypiekane na miejscu ciasta? Pierogi z pieca? Dania kuchni orientalnej serwowane prosto ze sporych garów? Regionalne browary, świeże wędliny i jeszcze świeższe soki wyciskane jakąś innowacyjną eko-metodą?

Coś w okolicach osiemdziesięciu stoisk, bez żadnych ograniczeń, poza wymogiem serwowania pysznego jedzenia. Mieliśmy więc starsze małżeństwo przygotowujące pierogi pod transparentem „Pierogi u Gosi”. Mieliśmy kilka młodych osób kręcących się przy grillowanych oscypkach z miodem. Kawałek dalej kawa z wypasionego ekspresu serwowana prosto z vana i jakiś tajemniczy polski napitek na bazie yerba mate. Do tego pizza na patyku, falafele, prażone orzechy, czekoladowa tarta, a nawet… ślimaki. No i przesympatyczny olbrzymi pan, przypominający nieco wikinga, który serwował największe pierogi, jakie w życiu widzieliśmy.

Jedyny minus całej imprezy? Niestety, każdy z nas dysponuje tylko jednym żołądkiem, w dodatku o ograniczonej pojemności.

Odchodząc już natomiast od samego festiwalu ulicznego jedzenia… Mocno kibicujemy Piotrkowskiej 217. Z czasem te… już nie do końca opuszczone hale mają się zapełnić stałymi lokalami (to już się powoli dzieje), bazarami z jedzeniem i innymi kapitalnymi projektami kręcącymi się wokół trzech haseł: jedzenie, sprzedaż, przedsiębiorczość. Wracając do tej artystycznej, przeintelektualizowanej wizji ze wstępu – fajnie, że w budynkach postawionych przez przemysł coraz liczniej zalęgają się usługi. Łódź – jak żadne inne miasto w Polsce – naprawdę potrzebuje tej ewolucji. Patrząc na lofty, sklepy, festiwale i knajpy w pofabrycznych budynkach – ta łajba naprawdę ma szansę wrócić na szersze wody.

Komentarze


Tagi: , ,



Back to Top ↑