„Love”, czyli nie pornos, lecz sprytna mistyfikacja reżysera

Opublikowano Wrzesień 5, 2015 | przez ZP

love

„Love” w niemałej części składa się ze scen seksu, a także ruchanka, bzykania, jebania, pierdolenia, dupcenia i bara-bara. Jest też uprawianie miłości. I to nakręcone jest w 3-D. W 3-D jest też wytrysk wieńczący jedno z ujęć. Taki żarcik reżysera Gaspara Noe.

Pornos? Niekoniecznie – nie ma tutaj muskularnie zbudowanego typa, który przychodzi w stroju hydraulika do wyposzczonej kobiety, żeby przeczyścić rury, a potem przystępuje do… cóż.

Reszta filmu to bowiem dialogi i monologi. Na poziomie mało wybitnym, do czego zresztą sam Noe się przyznaje. Wszystko wymyślał na bieżąco, scenariusz miał ledwie sześć stron, a wszystkie linijki konsultował z aktorami na bieżąco. A że nie byli to ludzie z wielkim doświadczeniem (większość to amatorzy), to dialogi są płytsze niż myśli Paolo Coelho. Nie ma w nich literackiej mocy, nie zobaczymy ich na tumblerze jako złote cytaty, nikt sobie ich nie wytatuuje. Po prostu są. Głupio by się oglądało film, w którym nie ma dialogów, prawda?

O co więc tu chodzi? W Paryżu mieszka niespełniony reżyser, Murphy. Mieszka z kobietą i dzieckiem. Nie rozmawia ze swoją wybranką, która zresztą, jak się potem okazuje, wybranką serca nie jest (dziecko to owoc pękniętej prezerwatywy). To miano należy się niejakiej Elektrze, z którą głównego bohatera łączy wiele wspomnień (po pierwszym akapicie możecie domyślać się jakich). To była jego wielka miłość. Burzliwe było to uczucie – na początku, w środku i na końcu.

Murphy budzi się w Nowy Rok i dowiaduje się, że matka Elektry szuka swojej córki. Ta od miesięcy nie daje znaku życia. Bohater niby postanawia jej szukać, ale tak naprawdę robi to przede wszystkim w swojej pamięci. Przywołuje do siebie wspomnienia, najpierw te najmilsze, później te najgorsze. Na końcu te, w których tak naprawdę nie wiemy, czy ta para się kocha. Zresztą sami sobie wtedy stawiają pytania czym ta miłość tak naprawdę jest. Nie wiedzą, ale też nie za bardzo szukają odpowiedzi na to pytanie. Życie sobie płynie, a oni swobodnie błądzą. Banał.

Błądzić ma też widz. Ba, Noe pewnie cieszy się, gdy oglądający jego film człowiek zaczyna uciekać myślami we własne doświadczenia i wspomnienia. Nie da się ukryć, że stworzenie filmu z miałkimi dialogami i całkiem sztampową, nudną fabułą, to dobre środowisko, by zacząć w trakcie seansu rozmyślać. Można zastanawiać się nad tą pornografią i tym, czym „Love” się od niej różni. Większym realizmem? Estetyką? Niby i to, i to, jest w zasadzie tym samym. Nawiasem mówiąc, jedną z ról miała grać Chloe Amour. Do wygooglania.

Można też myśleć nad własną definicją miłości. Czy to rzeczywiście zawsze wygląda jak wojna charakterów, z której obie strony wychodzą ranne, pokiereszowane? Kiedy związek zaczyna przechodzić w coś stabilnego? Czy na pewno kochamy drugą osobę? A może tylko jej wyobrażenie?

A może to wszystko to po prostu… kuglarstwo reżysera? Wyobraźmy sobie kogoś, kto stoi w sali kinowej i obserwuje nie film, ale wszystko co się dzieje. Wie też, nad czym ludzie się zastanawiają. Widzi film, w którym większość scen to seks i patrzy na widzów, którzy myślą o swoich przeżyciach. Wówczas to wszystko zaczyna wyglądać absurdalnie, bezsensownie.

Gdy wyszedłem z kina, nie miałem poczucia, że obejrzałem wiekopomne dzieło. Ba, te wszystkie sceny seksu, jak na ogłaszany wszędzie „mocny i skandalizujący” film, wcale „mocne i skandalizujące” nie były. Ba, w historii kina mocniejsze zdarzały się te, w których aktorzy nawet nie odsłonili sutków. Wystarczy przypomnieć sobie sesję zdjęciową w „Powiększeniu” Antonioniego czy scenę z liżącym rewolwer Jamesem Franco w „Spring Breakers”. Tam dopiero była gęsia skórka.

Gdyby oceniać sam film, wziąć na warsztat poszczególne części składowe kinowego rzemiosła, wychodziłaby jedna wielka przeciętność. Słabość może nawet. Ale jednocześnie tak nie jest – „Love” jest trampoliną do innego, abstrakcyjnego świata. I wówczas film zaczyna się widzieć przez własny pryzmat. Co sprawia, że to wszystko zaczyna być… interesujące. Do tego ze znakomitą muzyką, za to ogromny plus. Jest i Bach, i Pink Floydzi.

 

Komentarze

Scena z trójkątem
Scena w klubie swingersów
Scena z transem
Muzyka

Podsumowanie: To nie jest film dla każdego. Kto szuka tylko mocnych wrażeń, ten z kina wyjdzie zażenowany. Na plus muzyka, reszta tak naprawdę zależy od chęci.

2.8



Tagi: , , ,



Back to Top ↑