Lubicie Sphinksa? Ja lubiłem, ale nie zjem tam już nigdy więcej

Opublikowano Czerwiec 11, 2013 | przez Diabeu

IZZBA_2005_044_b

Brudne szklanki, zimne frytki, wygazowane piwo, niemiła obsługa, zbyt długi czas oczekiwania… Lista wpadek podczas mojej wizyty w jednej z warszawskich restauracji Sphinx była bardzo długa. I choć jestem tylko podrzędnym pismakiem, wpadłem na pomysł, że ich, kurwa, obsmaruję!

Z przykrością zauważam, że z roku na rok z popularnym Sphinksem jest coraz gorzej, a obecnie przechodzi chyba jakiś poważny jakościowy kryzys. Nie wiem, czy szukają oszczędności, czy nie radzą sobie z ciągle dużym zainteresowaniem ze strony klientów, ale najzwyczajniej w świecie nie jest dobrze. Jest źle. Zdaję sobie sprawę z tego, że to tylko sieciówka, po której nie należy oczekiwać poziomu wykwintnej restauracji, ale pewne standardy są po prostu STANDARDAMI, i to niezależnie od klasy lokalu. A w Sphinksie tych standardów już się chyba nie utrzymuje.

Tak się nieszczęśliwie złożyło, że w ciągu ostatniego miesiąca jadłem w Sphinksie dwa razy i za każdym razem wychodziłem stamtąd bardzo niezadowolony, wręcz wkurwiony. Wpadki z pierwszej wizyty potraktowałem z przymrużeniem oka, w myśl zasady, że „każdemu może się zdarzyć”, natomiast druga była już gwoździem do trumny, bo powtórzyła wszystkie wcześniejsze niedogodności, dodając jeszcze do tego kilka kolejnych. Co poszło nie tak? Pozwólcie, że zacznę od początku.

Usiedliśmy z dziewczyną na zewnątrz, przy stoliku, przy którym przed chwilą siedziało młode małżeństwo z dzieckiem. Czyli zaczęło się  od na maksa usyfionego stołu. Kelnerzy niby doprowadzili go do porządku, ale nadal wyglądał co najmniej tak źle, jak ujebany stół, ten słynny, Kamila Durczoka ze studia Faktów TVN. Nie chcieliśmy robić awantury już na samym wejściu, więc pełni pokory posprzątaliśmy syf własnymi siłami. Niezły początek – pomyśleliśmy. Niestety, dalej nie było wcale lepiej…

Kelner, który przy odbieraniu zamówienia sprawiał wrażenie bardzo zniecierpliwionego, przyniósł wreszcie napoje. Moje piwo było wygazowne, ale przynajmniej odpowiednio zimne. Sok mojej dziewczyny natomiast tak ciepły, jakby przed chwilą ktoś wyciągnął go z mikrofalówki. I tak dobrze, że przynieśli to, co zamawialiśmy – żartujemy, wspominając ostatnią wizytę, w której po 20 minutach oczekiwania na dzbanek piwa, kelner przyniósł nam… dzbanek soku z czarnej porzeczki.

Wszystko dałoby się przeżyć, gdyby nie pewien szczegół: szklanka, w której przyniesiono nam sok, była brudna. Nie tak zwyczajnie brudna, z klasycznymi smugami po niedokładnym wytarciu, o nie, nie! Ona była, kurwa, niewiarygodnie brudna! Zawierała jeszcze wspomnienia po poprzednim użytkowniku, w postaci konturów ust odciśniętych różową szminką. Poza tymśmierdziała… starym, wysuszonym piwem. Jak można z czegoś takiego pić i się przy tym nie porzygać? Oczywiście wymiana szklanki wraz z jej zawartością trwała na tyle długo, że na stole zdążyło już zagościć jedzenie.

Zwrócenie uwagi na brudną szklankę zrodziło w nas obawy przed zemstą obsługi. Powstał więc dyskomfort psychiczny, którego nie mogliśmy się pozbyć już do samego końca wizyty w tej „cudownej” restauracji. Cóż, przynajmniej szklanka jest już czysta – pocieszam się w myślach. Teraz trzeba jeszcze tylko poprosić o lód, który schłodzi ten niedorzecznie ciepły sok, i można zacząć jeść. Próbuję maskować te wszystkie niedogodności przed samym sobą, ale prawdy nie ukryję: nie wziąłem jeszcze choćby jebanego kęsa, a już jestem wkurwiony i topię się w chaosie. Boję się pomyśleć, co będzie dalej.

Frytki, które zaserwowano nam na dwóch osobnych talerzach, nie były ciepłe. Całkowicie zimne też nie, ale na pewno nie takie, jak powinny być. Zastanawiam się, czy przygotowanie tak banalnie prostego dania, jakim są jebane frytki, jest aż tak wymagające, że nie można zrobić tego dobrze? Jak się zapewne domyślacie, ze stekami nie było wcale lepiej – nie zostały wysmażone tak, jak sobie tego zażyczyliśmy. Ale czego ja się spodziewałem? Że w restauracji Sphinx kelner przyniesie mi to, co zamawiałem? Wolne żarty!

Wisienką na torcie był fakt, że do dania otrzymaliśmy zwykłe, tępe noże, a nie takie, przy pomocy których można by pokroić zamówiony stek. Wołam więc kelnera i proszę o właściwe, ale oczywiście cały proces musiał trwać kolejnych kilka minut. Sytuacja jest więc taka, że od dobrych 15 minut chcę spierdalać jak najdalej stąd, a jeszcze nawet nie zdążyłem zacząć jeść tego, co zamówiłem. Gotuję się w środku i przełykam ślinę, a w myślach pocieszam się faktem, że rachunek zapłacę najdrobniej jak się da, nie dając ani grosza napiwku. Chociaż tyle mogę zdziałać.

Nie zrozumcie mnie źle. Nie narzekam po to, by narzekać. Po prostu gdy po ciężkim tygodniu, wypełnionym pracą i innymi obowiązkami, idę z dziewczyną do restauracji, w której zapłacę rachunek przekraczający 100 złotych, oczekuję, że zostanę dobrze obsłużony i nie będę musiał się niepotrzebnie denerwować.

Chciałbym zjeść ciepłe, smaczne i świeże danie, podane na czystym talerzu, przez kelnera, który jest na tyle sprawny i neutralny (bo nie musi być nawet miły), że zostawiając ewentualny napiwek, będę czuł, że jest to w pełni usprawiedliwione. Okazuje się jednak, że oczekuję zbyt wiele, przynajmniej według Sphinksa, w którym klientów traktuje się na zasadzie „nażryj się, zapłać rachunek i wypierdalaj, chamie, bo blokujesz kolejkę”.

Już nigdy tam nie pójdę. Mam nadzieję, że wy też. Niech giną!

Komentarze


Tagi: , ,



Back to Top ↑