Magia nie zniknęła. Gwiezdne Wojny się nie starzeją!

Opublikowano Grudzień 19, 2015 | przez Gofrey

maxresdefault

Obaw było mnóstwo. Czy to nie będzie odgrzewany, a w dodatku mocno spleśniały kotlet? Czy niedoświadczeni aktorzy obsadzeni w głównych rolach dotrzymają kroku legendom takim jak Harrison Ford? Czy Disney nie sprofanuje serii? Czy potężne uniwersum z milionami fanów na całym świecie jest gotowe na kolejne przedłużenie sagi?

Wszystkie obawy okazały się płonne. Wszystkie wątpliwości zostały rozwiane właściwie już w momencie wjechania na ekran słynnego tekstu na tle kosmosu. Ciarki na grzbietach wszystkich w kinie, charakterystyczna melodia i krótkie wprowadzenie fabuły. Niezależnie, czy jesteś fanem serii, który trzyma na półce komplet figurek z wszystkich części, czy też „Gwiezdne Wojny: Przebudzenie mocy” to dla ciebie pierwsze starcie z tym światem – już od pierwszej minuty filmu czuć olbrzymi szacunek dla marki wykreowanej przez George’a Lucasa. Już od pierwszych sekund czuć, że ten film to nie tylko godne przedłużenie fantastycznej historii, ale i piękny hołd dla poprzednich sześciu, a szczególnie trzech ostatnich części.

„Nowa nadzieja”, „Imperium kontratakuje” i „Powrót Jedi” to absolutna klasyka, w czasach, w których powstawał – szczyt możliwości technicznych, bajeczne efekty specjalne i wartka fabuła pełna charakterystycznych postaci. Awanturnik Han Solo, nieco wymuskany Luke Skywalker, wielki mistrz Yoda, obleśny Jabba, wielki Darth Vader, do dziś bodaj jeden z najbardziej rozpoznawalnych fikcyjnych bohaterów filmowych. Klasyczne trzy części miały wyjątkowy rozmach, a w dodatku umiejętnie łączyły nieco kiczowate zagrywki w scenariuszu z akcją w takim tempie, że ów kicz dawało się spokojnie wybaczyć.

Wiadomo, że celem dla siódmego epizodu było nawiązanie właśnie do tej oryginalnej trylogii. I to się udało w stu procentach. Znów mieliśmy całą plejadę charakterystycznych bohaterów, z których każdy był nakreślony bardzo mocno, dość jednoznacznie, by nie powiedzieć: płytko, ale i barwnie, w sposób, który raczej nie irytował. Zresztą, naciąganie do granic to dobre określenie – jeszcze jedna głupkowata odzywka Finna, jeszcze jeden dialog Hana Solo z Chewbaccą i prawdopodobnie mielibyśmy przesyt. Jeszcze jedno nawiązanie do starych części, jeszcze jedna fabularna kopia z dzieł sprzed lat i mielibyśmy plagiat zamiast hołdu. Jeszcze jedna przygoda upchnięta na ekranie, jeszcze jeden zwrot akcji i mielibyśmy dość. Ale twórcy wiedzieli kiedy przyhamować, wiedzieli w którym momencie powiedzieć stop.

Wtórne? Jasne, niektóre kilkuminutowe sceny to właściwie kopie z części IV-VI. Ale przecież o to właśnie chodziło fanom. O utrzymanie klimatu, konwencji, konstrukcji i stylu poprzednich epizodów, o umiejętne balansowanie na granicy plagiatu i hołdu. To chyba największa zaleta filmu – mamy tutaj ograne schematy sprzed lat, ale w odpowiednim momencie dodawane są nowe wątki, nowe rozwiązania, nowe postacie. Równowaga zostaje zachowana.

Dla fanów serii jest to więc powrót do przyszłości z bardzo obiecującą przyszłością, bo przecież „Przebudzenie mocy” to ledwie początek nowej sagi. A dla pozostałych? Cóż, dla reszty to po prostu przyjemne kino akcji, z doskonałymi efektami specjalnymi, kilkoma interesującymi zwrotami i naprawdę ciekawymi bohaterami. Gdy trzeba śmieszyć – bawi. Gdy ma sprawiać, że łapiemy mocniej za kinowe oparcie – właśnie tak się dzieje. Minusy? Może momentami zbyt nachalna symbolika – dyktatorek na mroźnej planecie plujący pod nosem w przemówieniu do wielotysięcznej armii pod czerwono-czarnymi flagami – tutaj już zamiast grozy pojawia się śmiech. Podobnych chwil jest trochę więcej – starszy widz przypomina sobie wówczas, że „Gwiezdne Wojny” miały być skrojone tak dla gości, którzy podstawówkę kończyli w momencie premiery pierwszej trylogii, jak i dla tych, którzy podstawówkę kończą dziś. Na szczęście naiwne i dziecinne kawałki – tradycyjnie już – zakończono dokładnie w momencie, gdy zaczynały irytować.

Ogółem więc – mocne 4,5 gwiazdki, rozwianie wątpliwości dotyczących kunsztu ludzi Disneya i wykluczenie możliwości określenia „Przebudzenia mocy” mianem profanacji. To właśnie kompletna odwrotność profanacji – piękny, emocjonujący i… miły hołd. Miły. Bardzo dobre określenie dla tego przygodowego filmu, przy którym doskonale bawić się będą wszyscy – hardkorowi fani serii i nowicjusze, młodzież szkolna i zgredy, tropiciele ambitnego kina i ludzie wychowujący się na amerykańskich komediach.

I dobrze. „Gwiezdne Wojny”, podobnie jak Bond, zasłużyły na godne przedłużenie życia sagi. I zarówno przy „Gwiezdnych Wojnach”, jak i przy Bondzie – już teraz odliczamy dni do kolejnej premiery.

Komentarze

Awanturnik Han Solo
Nawiązania do wcześniejszych części
Klimat
Stylówa Najwyższego Porządku

Podsumowanie:

4.5


Ocena użytkowników: 3.5 (37 głosów)

Tagi: , , , , ,



Back to Top ↑