Mało rzeczy irytuje bardziej niż handel przez telefon

Opublikowano Październik 28, 2014 | przez lucky bastard

handel

Sytuacja pomału zaczyna przypominać obłęd. Pukają do drzwi, zaczepiają na ulicy i przede wszystkim dzwonią. Wielu dostaje gęsiej skórki na samą myśl o nich. Akwizytorzy. Ich działania muszą przynosić wielkim firmom sporo korzyści, bo ostatnio stali się prawdziwą plagą. Co gorsze, dziś nie sprzedają już pojedynczych przedmiotów, ale usługi, za które trzeba płacić miesiąc w miesiąc, nawet przez kilka lat.

Najczęściej wygląda to tak, że o 8:03 rano – akurat kiedy planowaliśmy się wyspać – dzwoni telefon. Człowiek próbuje to zignorować, ale gość po drugiej stronie nie odpuszcza. Piąty sygnał, szósty, potem dziesiąty. Na ekranie wyświetla się nieznajomy numer, więc w głowie pojawia się myśl, że pewnie to coś ważnego. Mobilizujemy wszystkie siły i odbieramy, a wtedy zaczyna się przedstawienie.

„Dzień dobry, dzwonię z firmy X, czy możemy chwilę porozmawiać?” – rozbrzmiewa przyjazny głos. Pierwsze pytanie i od razu pierwsza pułapka, zwłaszcza kiedy „X” jest dostarczycielem usług, z którym już współpracujemy. Znowu pojawia się myśl, że to pilna sprawa, jakaś niecierpiąca zwłoki operacja bankowa lub przekroczenie limitów w komórce. Akwizytor dzwoniący do osoby będącej już klientem jego firmy ma więc wielką szansę usłyszeć „tak”. A w jego slangu nazywa się to już rozbrojeniem rozmówcy.

Wbrew pozorom odpowiedź „nie” również nie jest dobra, bo prowadzi do pytania o następną rozmowę. Jeżeli nie macie w sobie wystarczającej stanowczości lub – co w takich sytuacjach bardzo pomocne – chamstwa, efekt będzie taki, że facet zadzwoni znowu i wtedy powiecie „tak”. Tak czy inaczej stanie na jego.

Niby w krótkiej rozmowie nie ma niczego złego, ale zdarzają się przypadki wyjątkowej upierdliwości. Niektórzy akwizytorzy wierzą w atrakcyjność swojej oferty do tego stopnia, że zwykła odmowa im nie wystarcza. Dopytują, obniżają stawki lub mentorskim tonem tłumaczą, dlaczego powinniśmy zmienić zdanie. Sam wielokrotnie byłem świadkiem rozmów, kiedy sprzedawca nie odpuszczał nawet po dziesiątym „nie”. Inna sprawa, że trzeba być wyjątkowym kretynem, by chcieć coś sprzedać osobie, którą właśnie wkurzyło się swoim bezmyślnym uporem.

Kontakt z klientem za pośrednictwem akwizytorów jest dziś tak agresywny, że ludzie alergicznie reagują na jakiekolwiek próby takiego handlu. Praca w infoliniach sprzedażowych z pewnością nie należy do najprzyjemniejszych, jednak ci ludzie sami zapracowali na taką opinię branży.

Kiedyś jakiś gamoń sprzedał mojej 80-letniej ciotce szybki internet, argumentując, że to najtańsza oferta na rynku. Specjalnie nie przeszkadzał mu fakt, że staruszka nie miała w domu komputera i nie bardzo wiedziała, czym w ogóle jest sieć. Skasował prowizję i dalej robił swoje.

Sposób na akwizytorów jest jeden – unikać. Rzadko się zdarza, że akurat wstrzelą się w nasze aktualne potrzeby, więc takie rozmowy to zazwyczaj strata czasu. Jeśli jednak ktoś zaoferuje nam przez telefon potrzebny produkt, i tak lepiej zrobić własne rozeznanie, a później podjąć decyzję na spokojnie. Jakkolwiek patrzeć, praca w infolinii sprzedażowej coraz bardziej przypomina polowanie na frajerów, którzy z jakichś nieznanych mi względów połykają haczyk.

Jak unikać akwizytorów? Jakiś czas temu znajomy podsunął mi świetny pomysł, genialny w swojej prostocie. Kiedy dzwoniący ujawnia swoje zamiary, czyli przechodzi do przedstawienia oferty, należy zastrzec, że nie wyrażamy zgody na nagrywanie. To działa zawsze i wszędzie, w dodatku kończy rozmowę w sposób błyskawiczny i, co ważne, kulturalny.

Rzecz jasna zdarzą się sytuacje, kiedy usłyszycie argumenty w stylu: „nie ma się czego bać” lub „przecież to standardowa procedura”. W takim przypadku można popuścić wodze fantazji. Akwizytor nie ma gotowego scenariusza na taki rozwój zdarzeń, więc powinna zadziałać każda wymówka. Można wspomnieć o aferze podsłuchowej lub tropieniu przez tajne służby. Tak naprawdę wystarczy powiedzieć „boję się” i problem z głowy.

Komentarze


Tagi: , , , , ,



Back to Top ↑