Mało wykwitne, ale smaczne – o moim uzależnieniu białym proszkiem

Opublikowano Październik 29, 2013 | przez Limonow

sol

Chciałem, ale nie mogę na dłuższą metę się od tego uwolnić. Poranna kawka i posypane. Obiadek? Posypane. Kolacja? A jakże. Biały proszek. Biała śmierć według lekarzy. Ryzyko raka żołądka, kamieni nerkowych. Przyczyna nadwagi i otyłości, a w moim przypadku jeszcze kłótni z dziewczyną. Uwaga – nie kokaina, choć nadal coś wprowadzającego w błogi nastrój. Niezwykle smaczne,  stały element mojej diety. Sól.

Brzmi niedorzecznie, a jednak. Jestem uzależniony od składnika, którego odradzają wszyscy dietetycy. Sól kamienna, morska. Nie wiem, jak to się stało, ale dodaję ją do wszystkiego. W absurdalnych ilościach. Według mojej eks-dziewczyny było to jedno ze zwyrodnień, które doprowadzało ją do szewskiej pasji. Witała mnie fantastycznym obiadem, makaronem z łososiem, który i tak już jest piekielnie słony, ale ja i tak zawsze musiałem dosypać coś od siebie. Parę szczypt, głównie keidy nie patrzyła. W pewnym momencie się domyśliła, więc chowała solniczkę, żebym tylko odpuścił.

Ale ja debil zero poprawy, dalej swoje.

Martwiła się, że w końcu przyjdą konsekwencje, może nie od razu, ale z wiekiem na pewno. Teraz pewnie ma to gdzieś, bo przed miesiącem się ode mnie wyprowadziła. Niekoniecznie z tego powodu, ale problem pozostał, bo walka jest dość nierówna. Odstawiłem na parę dni, ale wróciłem. Pierogi z garmażerki na zimno i bach, bach, bach. Nawalone tyle tych małych kryształków, że zabijały smak. Choć mi dopiero wtedy dawały poczucie, że coś jest wreszcie optymalnie doprawione. Lubiłem do jajek dorzucić oregano, czy inne drobne zielone listki, ale i tak wszystko kręciło się wokół jednego. Jak gotowałem makaron w garze, soliłem go jak wariat.

Absurdalne, a jednak. Nie wyobrażam sobie, że mogę bez tego funkcjonować. Czasem dozuję, czasem odpuszczam, ale zawsze wracam. Nawyk, prawie jak z przyciskaniem papierosa do ust. Sam sobie nie zdawałem sprawy z powagi sytuacji, ale po kobiecym praniu mózgu, dziś odpaliłem kilka poważnych, medycznych stron.

Nie umiem przewidzieć swojej przyszłości, ale wiem, że nowotwór powstały od soli byłby ironią losu. Zwłaszcza, że lekko się ostatnio poprawiłem – ograniczyłem fastfoody, kebaba jem tylko po/w trakcie ostrego melanżu i tylko ze znajomymi. W domu tosty, serek wiejski, jogurty i soki. Za różowo jednak nie jest – w gorszy dzień trafiają się Pepsi, Mountain Dew, Mirinda, zagryzane paczkami kwaśnych Skittlesów. Bratnia dusza soli czyli cukier. Kolejne gówno.

Zastanawiam się ostatnio nad najdrobniejszymi szczegółami życia. Jak mawia redaktor Mateusz Borek – detale i niuanse robią różnicę. Wiem o tym, a i tak sam wystawiam się na strzały z tak dziwnej, słonej broni. Dlatego dziś, razem z tekstem, chcę postawić grubą kreskę. Zaczynam walkę – może nie o lepsze jutro, ale o lepszą starość. O ile mam jej dożyć, ale bądźmy optymistami.

Chcesz coś zmienić? Odłóż białe, każdej maści. To w nosie i na języku to tylko chwilowe rozweselenie. Zmiany w życiu zaczynam od odłożenia kilogramowego opakowania soli na najwyższą półkę w kuchni. Niech nie kusi.

Komentarze


Tagi: , , ,



Back to Top ↑