Mamy nowy, znakomity serial. Poznajcie „Narcos”

Opublikowano Wrzesień 6, 2015 | przez ZP

11996971_914870388588301_193753600_n

Był taki moment, kiedy Pablo Escobar był niekwestionowanym królem narkotykowego biznesu. Branża seriali jest zupełnie inna (choć też tworzy produkty uzależniające), ale konkurencja tutaj równie zabójcza (choć w bardziej metaforycznym sensie). Twórcy serialu „Narcos” o losach Escobara mogą dziś poczuć się trochę jak on, bo są na samym szczycie swojego fachu, zeszły tydzień należał do nich. To wtedy dzieło miało premierę i od tamtego czasu święci triumfy, a ich sława zatacza coraz szersze kręgi.


Jest coś wyjątkowo nośnego dla twórców seriali w mafijnych klimatach. To tło zaskakująco wieloznaczne, bo spójrzmy na dotychczasowe hity ulepione z tej materii: „The Sopranos”, „The Wire”, „Breaking Bad”… Jakże różny każdy z tych seriali jest w wymowie, jakże inny ma ton i przesłanie, a jednak rekwizyty i światy przenikają się. „Narcos” opowiadające o imperium Escobara tylko utrwala tę teorię, bo choć znów to dragi i mafia, to absolutnie rzecz jest odmienna od powyższych, dobra na swój własny sposób. Chce się powiedzieć: pozostawia po sobie inny smak.

Pierwsze co powala w zderzeniu z „Narcos”: szeroko pojęta scenografia. Patrzysz i zastanawiasz się skąd ci ludzie wytrzasnęli maszynę czasu. Nie żebyśmy mieszkali w Medellin w latach osiemdziesiątych i wiedzieli, że właśnie tak tam było, ale w każdej scenie widać niesłychaną dbałość o szczegół, o dobór przedmiotów, aut czy ubiorów z epoki. Efekt jest taki, jakby złapali cię za kołnierz i rzucili cię trzydzieści lat wstecz. Tę troskę o autentyzm dobrze oddaje też fakt, że połowa scen jest tylko po hiszpańsku. Żadnych tanich sztuczek rodem z Hollywood, gdzie urodzony na Syberii Rosjanin będzie mówił po angielsku z rosyjskim akcentem – nie, do śmieci z tymi chwytami, mówimy po hiszpańsku i koniec. Może wydawać się to detalem, ale to kolejna cegiełka składająca się na spójny, intensywny klimat.

Gra ujęciami, drobiazgowe przyłożenie się do każdej pojedynczej klatki. Po prostu pokażemy wam na jednym przykładzie. Oto scena, w której Pablo rozmawia z bratem, Gustavo, a potem wściekły opuszcza rodzinny dom, bo interesy nie poszły jak powinny. Żona woła go, by został, ale on nie zwraca uwagi.

Na drugim ujęciu ręce Gustavo układają się tak, że widzimy żonę Pabla w swoistym sercu. Nie wierzcie w przypadek, w takich produkcjach żadna klatka nie jest mu pozostawiona, a tak osobliwy kadr nie mógł być bezcelowy. To po prostu subtelna metafora obrazem, ilu nie wyłapaliśmy – tylko twórcy raczą wiedzieć.

11911690_914870405254966_40230689_n

Fabularnie „Narcos” na pewno zyskują na tym, że są „docudramą”, a więc fabularyzowaną wersją wydarzeń autentycznych. Gdy widzisz jak powstaje imperium Escobara, jak kokaina zakradła się do Ameryki, jak łatwo było mu zbijać kolejne miliony, ma to jednak silniejszą wymowę niż kolejne miliony zdobywane przez fikcyjnego Waltera White’a. Faktycznie Escobar był przez wielu Kolumbijczyków wielbiony, faktycznie w pewnym momencie miał tyle pieniędzy, że górę kasy zakopywał i chował po strychach. Czy milion dolarów umieścił w kanapie swojej matki – tutaj już mogli od siebie dołożyć coś scenarzyści, ale cała koncepcja nie wzięła się z powietrza i to dodaje obrazowi mocy.

Sam Escobar jest postacią magnetyczną, fascynującą. To nie zły do szpiku kości jednowymiarowy Tony Montana, tylko wytrawny gracz mający swoje zasady. Gość, który za narkopieniądze stawiał szkoły, szpitale, umiał zjednać sobie ludzi. Niby zdradzał żonę, ale jednocześnie był bardzo rodzinny – nie kartonowa figurka, symbol wszelkiego zła, a człowiek, złożony, mający swoje wady i zalety. Dodajmy, że Wagner Moura zagrał go brawurowo, co jednak nie dziwi, bo do roli podszedł metodycznie: przeprowadził się do Medellin, by nasiąknąć tutejszą kulturą, zrozumieć ją i tutejsze życie. Nawet swój hiszpański szlifował tak, by brzmiał we właściwym narzeczu (sam jest Brazylijczykiem).

Warto podkreślić też, że historia opowiadana jest dwutorowo – raz ze strony Escobara, a potem ze strony jego nemezis, amerykańskiego agenta od zwalczania narkotyków. Uczciwie powiedzmy, że całość potrafi nieraz wytracić tempo, gdy spędzamy czas z Amerykaninem, ale to wina mocy Escobara – jest tak ciekawy, że chce się w jego ekranowej obecności przebywać jak najdłużej. Mimo to manewr w większej perspektywie sprawdza się o tyle, że pokazuje krwawe szachy z obu stron, mamy większą głębię konfliktu, bo wiemy co wpływało na takie, a nie inne decyzje, a także jakie były ich konsekwencje.

11998604_914870398588300_2085080796_n

No właśnie, konsekwencje. W dobrym serialu da się wyłowić tło lekko metafizyczne i jest też tak z „Narcos”. „Breaking Bad” pytało czy cel uświęca środki, a także czy jest granica, po której przekroczeniu przestajesz być sobą. Tu już w jednym z pierwszych dialogów Escobar mówi do policjanta: „możesz dobić ze mną targu albo możesz zmierzyć się z konsekwencjami.” Świat nie jest czarno-biały, ludzie też tacy nie są. Jest złożony i opleciony siatką zależności, każdy twój ruch wywołuje efekt domina więc lepiej uważaj na co się porywasz – to mogłoby być motto każdego odcinka.

Komentarze


Tagi: , , , ,



Back to Top ↑