Marek Raczkowski chce poznać kogoś, kto nigdy nie korzystał z burdelu. Marek, tutaj!

Opublikowano Styczeń 20, 2013 | przez Redakcja

raczkowski

Nigdy tego nie zrozumiem. Zawsze wydawało mi się, że jeśli jesteś sławny, to wjeżdżasz na imprezę, odpalasz radar, skanujesz parkiet i bar, a następnie wysyłasz kogoś z ekipy, żeby zebrał najlepsze jednostki i robisz casting na szczęściarę dzisiejszego wieczora. Kilka godzin później kończysz obracać ją w rytm pościelówek, a następnego dnia zastanawiasz się, która będzie kolejna.

Tak bym robił sam. Raczkowski robi inaczej – i nie mogę się nadziwić, dlaczego. A już na pewno nie mogę zrozumieć, dlaczego się tym chwali.

Jestem fanem jego rysunków, nie ma co zaprzeczać. Są śmieszne, są inteligentne, są zaskakujące i, co nie udało się wielu tradycyjnym twórcom, obroniły się przed zalewem demotów i kwejków. Na moim facebookowym wallu ten człowiek rządzi i jest udostępniany, like’owany i komentowany, jak żaden inny satyryk.

Raczkowski jako źródło słów jest już dużo słabszy. W wywiadzie dla Dużego Formatu ogłasza i pyta: „Bywam w burdelach. Pokaż mi kogoś, kto nie był”. Cóż, pozostaje mi się tylko zgłosić i powiedzieć: Marek, ja nie byłem! To znaczy, technicznie rzecz biorąc byłem na terenie agentury, ale tylko pilnując kolegów. Samemu bym nie korzystał, bo płacenie za seks to dla mnie  pójście na łatwiznę, likwidacja elementu gry, elementu, który uważam za niezbędny dla mojej dumy i ego. Równie dobrze mógłbym się koksować jako sportowiec amator.

Co więcej, jestem przekonany, że każda kolejna wizyta w burdelu sprawia, że mężczyzna pozbawia się genu gracza. Po kolei, po procencie. Jeden, dwa, trzy… Może mało, może wydaje się, że zmiana nie postępuje. Ale znam gości, którzy w ogóle zrezygnowali już z tematów darmowych, ponieważ przestało się im chcieć. Teraz, rozleniwieni, zepsuci, wolą załatwić sprawę w godzinę, zamiast poświęcić się i przygotować na dłużej. Tchórzą? Na pewno. A kiedy słucham ich przechwałek: „dymałem tu, dymałem tam”, mam ochotę powiedzieć: „nigdzie nie dymałeś. Za kasę się nie liczy”.

Ci ludzie nie rozumieją też, że burdel stępia kły, nie trenuje nawyków. Kiedy wreszcie poznają dziewczynę, dla której zwariują, nie będą w stanie osiągnąć swojego maksa. Po prostu. Dojedzie ich brak treningu w realnych warunkach. Widziałem takich przykładów dziesiątki. Jasne, brak ciśnienia działa na ich plus – wiedza, że nie ten temat, to inny, za chwilę. Ale ta świadomość nie jest pozytywna. Działa, jak usprawiedliwienie, wymówka. „Nie muszę teraz jej wyrwać, nic się nie stanie, w razie czego przecież i tak zaliczę”. I tak, jeden za drugim, okazje przechodzą obok, w skrajnych warunkach do zupełnego odpuszczenia podrywu. Szkoda, szkoda.

Wracając do Raczkowskiego… Ten człowiek nie ma, oczywiście, fejmu raperów, rozpoznawalności celebrytów, czy pieniędzy piłkarzy, ale biorąc pod uwagę jego pozycję,  to jeśli w kontakcie jeden na jeden z kobietą nie zamienia się w pastewnego buraka, powinien mieć w łóżku przerób Pilcha. Z twarzy go nikt nie zna, jasne. Ale z nazwiska? Pewnie. Kto mi powie, że on nie ma fanek? Że nie ogarnąłby się tak, żeby mieć w telefonie z pięć awaryjnych numerów? Błaaaagam..

Poza tym: przegapiłem chyba moment, w którym uznano, że płacenie za seks jest spoko. Nie jest, a już na pewno nie jest powodem do dumy.

Raczkowski mówi też:

„Zawsze najpierw pytam, czy pracuje z własnego wyboru. Muszę być pewien, że dziewczyna może, kiedy chce, wyjechać z Polski, nikt jej do tej pracy nie zmusza i jest z niej zadowolona. Bo ja przeważnie mam dziewczyny z Ukrainy, zajebiste laski – gdyby jakiś kolefa szukał żony, natychmiast bym mu którąś z nich polecił.”

Ja tam jestem tradycjonalistą. Wolałbym nie mieć żony, w której bywało kilkuset kolesi.

Komentarze


Tagi:



Back to Top ↑