Marzenia zabite przez rzeczywistość, czyli historie współczesnych 30-letnich

Opublikowano Sierpień 5, 2013 | przez ZP

dreams-01

W te wakacje spotkałem trzy znajome 30-latki, które dekadę temu chciały być artystkami: jedna studiowała aktorstwo, druga była na wokalu, a trzecia na ASP. I wiecie co? KAŻDA z nich pracuje teraz w dużej korporacji…

Te dziewczyny miały kiedyś pasję. Dla sztuki potrafiły zrezygnować z imprez, facetów i alkoholu. Trenowały w skupieniu, by zostać najlepsze w swoim fachu. Patrzyłem na nie i byłem przekonany, że odniosą sukces. Może nie na skalę całej Polski, może nie będą z nich gwiazdy z pierwszych stron gazet, ale każda jest na tyle dobra w tym co robi, że da radę z tego żyć – myślałem. I wiecie co? Miałem rację.

Jestem pewien, że gdyby te kobiety konsekwentnie szły obraną drogą, na jej końcu spotkałoby je szczęście. Niestety, zabrakło im determinacji. Jedna, piąta, dwudziesta porażka sprawiły, że się poddały. Uznały, że nie mają szans na karierę artystyczną i poszukały innych, pewniejszych źródeł zarobku. A że wszystkie trzy są kumate, a wręcz zdolne, odnalazły się w korpo. No i teraz są w miare ustawione finansowo, eleganckie oraz… przepracowane i nieszczęśliwe.

– Męczy mnie ta robota, no ale co mogę zrobić? Przyzwyczaiłam się do odpowiedniego poziomu życia, więc na razie jej nie rzucę – każda z nich mówi mniej więcej coś takiego.

Zabawne, że cała trójka jest święcie przekonana, że jeszcze… zaistnieje w sztuce. Mimo że olały swoje pasje, przestały się w nich doskonalić, to uważają, że ich wielki moment nadejdzie.

– To kompletnie utopijne myślenie, niepoparte jakimkolwiek logicznym argumentem – odpowiadam dziewczynom.

– Przestań nas dołować, damy sobie radę – w odpowiedzi słyszę pusty frazes.

Takich jak one są w Polsce, ale i na świecie, dziesiątki, a może i setki tysięcy. Zdolni ludzie, którym zabrakło cierpliwości i samodyscypliny, żeby się wybić. Mieli dość jedzenia gównianych rzeczy, spania w kiepskich warunkach i ubierania przeciętnych ciuchów, jednym zdaniem mieli dość odmawiania sobie wszystkiego w imię przyszłego, tak bardzo niepewnego sukcesu.

Rozumiem ich. Nie każdy musi mieć równie silną psychikę co żołnierz GROM-u. Ludzie, zniechęceni miesiącami czy latami porażek, mają prawo powiedzieć pas. Mają prawo spróbować innego życia. Ale jeśli już go posmakują, jak moje koleżanki, i uznają, że to również nie jest to, że nadal tęsknią za sztuką, to powinni mieć odwagę, aby po raz kolejny wywrócić wszystko wokół do góry nogami.

Że to jest niełatwe w wieku trzydziestu lat, kiedy człowiek obrósł już ciut w piórka? Wiem, ale mimo to chyba warto spróbować. Jestem zdania, że lepiej smerfnąć i stracić niż w ogóle nie smerfnąć. Lepiej skończyć jako 60-letni artysta średniej klasy, który przeciętnie zarabia robiąc to, co lubi, niż jako dosyć zamożny dyrektor w firmie do której co rano nienawidzi się wstawać.

Brzmi nieco patetycznie, zdaję sobie sprawę. Wiem również, że 99% osób nie odważy się wrócić na artystyczne tory z tych korporacyjnych. Do końca swoich dni będą się łudzić, że zmienią życie, ale to się nie stanie. Dlaczego? Bo podjęcie decyzji o kolejnym przegrupowaniu wszystkiego o 180 stopni wymaga odwagi, która cechuje nielicznych. To wręcz szaleńcza odwaga, trochę w stylu tej, którą mają ludzie pomagający na ulicy człowiekowi zaatakowanemu przez rzezimieszka mającego w ręce nóż. Żeby wyskoczyć do takiego skurwiela, trzeba mieć żyłkę ryzykanta, należy też liczyć się z tym, że konsekwencje mogą być potworne. Żeby zawalczyć o poważną pozycję w świecie swojej pasji… trzeba mieć żyłkę ryzykanta, należy też liczyć się z tym, że konsekwencje mogą być potworne.

Komentarze


Tagi: , , , , , ,



Back to Top ↑