Najbardziej uzależniający gadżet świata mi się rozładował. I byłem taaaaki szczęśliwy

Opublikowano Styczeń 15, 2014 | przez Pato

jedzczytaj

To zawsze wygląda tak samo. Jesz obiad, ale przed sobą masz mały ekranik telefonu, na którym czytasz, że Majdan nocował u Rozenek. Siedzisz na zebraniu i sprawdzasz, czy Liverpool dalej prowadzi z Aston Villą. W końcu pijesz piwo z kumplami w knajpie, a i tak co chwilę zerkasz co tam ciekawego na Fejsie. iPhone – niczego wielkiego tutaj nie odkryję, ale gdybym miał wygrać najbardziej uzależniający przedmiot świata, wybrałbym właśnie jego.

O sile tego małego urządzenia przekonałem się kilka dni temu. Zostawiłem w pracy ładowarki, kable, nawet komputer. A potem koło godziny 22.00 zorientowałem się, że bateria w telefonie wskazuje 2 procent. W takich momentach wstajesz rano i czujesz się jak zahibernowany. Nikt nie pisze i nie będzie pisał. Nikt nie zadzwoni. Nie sprawdzisz nawet godziny, co jest totalnym absurdem, bo jeśli nie masz zegara na ścianie albo wyświetlacza w piekarniku, to o tym, że wstałeś o 14 dowiesz się dopiero na kasowniku w autobusie. A potem jest jeszcze gorzej. Właśnie w takich momentach przypominasz, że jest takie słowo jak fonoholizm i że na szczęście nie jesteś w tym sam. Ten sam problem mają przecież miliony.

To w sumie zabawne. Mówi się, że uzależnia amfetamina albo kokaina, a mnie owinął wokół siebie marny telefonik z popsutym przyciskiem włączania i dziurą na tylnej ściance. To niemal ten sam mechanizm: poprawa nastroju w trakcie lub tuż po zastosowaniu i dyskomfort po odstawieniu. Wystarczy, że nie ma go dwa dni i dopiero wtedy uświadamiasz sobie, że w jednej chwili zniknął ci odtwarzacz mp3, przeglądarka newsów, notatnik itd.

Kiedy ktoś kiedyś zrobił ankietę pt. jaką rzecz wyniósłbyś z płonącego domu, śmiałem się na odpowiedzi „iPhone”. Dziś pewnie sam dołączyłbym do tego zwariowanego grona. Kontakty, historia smsów, archiwum zdjęć. Ten mały gadżecik to dziś nasz psychologiczny odcisk palca, najwierniejszy asystent, powiernik sekretów. Elektroniczne ID, które dziennie kradnie tyle czasu, że aż boję się o tym pomyśleć.

Kiedy jestem w autobusie i coś tam czytam – jestem w stanie to rozgrzeszyć. Ale na imprezie? W pubie? W trakcie biegania albo grania w piłkę? To naprawdę musi być chore, gdy co 15 minut robisz to samo kółko. Facebook, Twitter, skrzynka pocztowa, dwa ulubione serwisy. A wszystko odruchowo. Jak oddychanie albo przełykanie śliny. Ile trzeba mieć samozaparcia, gdy w nocy rozlega się dźwięk SMS-a, a ty zamiast wstać i sprawdzić, masz to wszystko w dupie, bo równie dobrze możesz odczytać rano. Ja niestety w takich momentach zawsze przegrywam.

Zrywam się. Sprawdzam. A potem kolejna rundka. Facebook, Twitter, coś tam jeszcze. I znowu łapię się na tym, że marnuję czas.

Dwa dni bez telefonu… To było takie piękne. Bezsensowne opróżnianie kieszeni. Bezskuteczne wciskanie przycisku włączania. W końcu mierzenie się z nieustannie czarnym ekranem, który po cichu mówi ci „spierdalaj”, a w trakcie melanżu nie wyśle ani jednego głupiego SMS-a. Chociaż tyle dobrego.

Komentarze


Tagi: , , , , , , ,



Back to Top ↑