Metro (2013): przestroga, by nie narzekać na błahą awarię w warszawskim metrze

Opublikowano Sierpień 2, 2013 | przez Limonow

metro-2013 (1)

Skoro w warszawskim metrze ciągle są problemy i pozostała nam jazda niemal wyłącznie po lądzie, temat jest całkiem na czasie. Podziemna kolejka, poranne godziny, tłumy wypychające wagony do ostatniego miejsca, a w zasadzie ostatniego centymetra kwadratowego. Widok typowy nie tylko dla Warszawy, ale i także dla Moskwy. Czyli źródła inspiracji Antona Megardiczewa, autora „Metra” – najlepszego katastroficznego filmu współczesnego rosyjskiego kina.

Gwar, ukrop jak cholera i on – główny bohater. Andriej, z zawodu lekarz, prywatnie przegraniec. Opuszczony przez żonę (która w pierwszej scenie wygina się na podbrzuszu kochanka), żyjący wyłącznie z córeczką. Którą miał jak co dzień bez większych emocji odwieźć do szkoły. Wybrali się metrem i…

Dobra, z dalszymi spoilerami ostrożnie.

Ze względów ostrożnościowych, ograniczę się poniekąd do treści trailerów – w filmie wszystko kręci się wokół podziemnej katastrofy sprzedanej w sposób tak wiarygodny, że siłą rzeczy rozdziawia się japę. Moskwa, podwyższony poziom rzeki, która lada moment może zalać podziemne tunele metra… No i oczywiście kierownictwo całego systemu z typowo wschodnią mentalnością, podchodzące do tematu na zasadzie: „A nuż się uda i ostrzeżenie można olać. Pociąg dojedzie.”

Nie dojechał, a sceny z wykolejenia prezentują się na tyle oryginalne, że gdyby dorzucić żółty pasek TVN24 i fizjonomię Kuźniara, idzie się spocić. Ja – przyznaję uczciwie – jako fan europejskiego kina emocjonowałem się wydarzeniami jeszcze bardziej niż w czasie oglądania „Flight” z Denzelem Washingtonem (tam z kolei chodziło o – jak tytuł wskazuje – katastrofę lotniczą).

Typowe mordy chamów spod Wołgogradu umierających pod ziemią, a na powierzchni piękna Rosjanka (szkoda tylko, że pokazała tak mało ciała) i ogół fenomenalnych zdjęć. Jak na Rosjan przystało. „Metro” to godny kontynuator współczesnych dzieł typu „Wozwaraszczenije” („Powrót”) czy „Ostrow” („Wyspa”). A więc najpierw obraz, potem fabuła, choć to drugie wcale nie ustępowało poziomem od prezentowanego krajobrazu.

I to mimo obecności elementów telenoweli. Smutku, płaczu, łkania. Czy to na powierzchni, czy to pod nią. Czy to przed katastrofą, czy po niej. Dylematy złamanych serc i męczenie buły. Ale klimat i cała otoczka robi takie wrażenie, że to wszystko wcale nie irytuje. I ty możesz się poczuć przegrany jak Andriej lub może chodzić ci gula, że kochanek-cwaniaczek będzie niemiłosiernie tyrał naszego biedaka. Obaj panowie rzecz jasna musieli się spotkać i to obaj w zniszczonym wagonie. Zszokowani, z niechęcią, ale z celem przeżycia ruszają tunelami szukać nadziei. O zakończeniu nie pisnę ani słowa, oprócz tego, że było sympatyczne. Może poniekąd przewidywalne, ale tu znów atut Rosjan – kilka ładnych zdjęć i mają ciebie w kieszeni.

I naturalnie nikt z was się ani przez moment nie kapnie, że większość scen nagrywali… w Samarze. Sam nie wiem, czy jest sens to dłużej przedłużać – lepiej sami zobaczcie ten obraz. Co ciekawe, czego sam do końca nie rozumiem, film w całości wylądował na YT i nikt ani myśli go na razie usuwać:

 

Komentarze

Zdjęcia trupów i zniszczonego metra
Adrenalina podczas oglądania
Rosjanka chodząca na boki
Zakończenie

Podsumowanie:

4.3


Ocena użytkowników: 3.8 (1 głosów)



Back to Top ↑