Międzynarodowy Dzień Gofra, życzenia w komentarzach

Opublikowano Marzec 25, 2014 | przez Gofrey

belgijskie_gofry

Zaspany przecieram oczy ze zdumienia – naczelny Wyszło bazgrze mi coś na mojej zadbanej i schludnej, raczej czystej tablicy facebookowej.

Komunikat jest dość lakoniczny: „dzisiaj jest Międzynarodowy Dzień Gofra. Powinieneś to mocno zaakcentować jakimś tekstem-pochwałą na ich temat”. Post z potencjałem na rekord lajków, choć również z plakietką „pozdro dla kumatych”, albo „kto ma wiedzieć, ten wie”.

Gofrey. Gofry. Postanowiłem faktycznie uczcić ten wyjątkowy dla mnie dzień (imieniny?) tekstem, w którym przypomnę momenty z czasów, gdy Staszek Levy nie był jedyną podszewką na Weszło…

Wszystko zaczęło się nad morzem, w Ustce, sierpniowego popołudnia, gdy wraz z narzeczoną (tą samą, której tekst z mojego konta wjechał na wyszło w niedzielę) spacerowaliśmy po zatłoczonym kurorcie. Co prawda wżeraliśmy gofry dość często, ale tego dnia akurat stały się dla mnie symbolem ignorancji. Dlaczego? Nie chcę się powtarzać, wkleję więc tekst z 4 sierpnia 2012 roku:

Pamięć i bita śmietana z gofra

Słoneczko, szum morza, zapach gofrów i smażonych ryb. Wszędzie pełno rodzin, sporo też kolonistów, gdzieniegdzie przemykający zakochani, potrzebujący do szczęścia tylko dorsza, frytek i własnego dotyku. Życie nadmorskiego kurortu wygląda każdego dnia tak samo – z rana parawany i ręczniki, potem tandetne pamiątki i zawsze zbyt małe porcje w barach na promenadzie, wieczorem bluzy z kapturem i długie spacery brzegiem morza. Jedynym bodźcem, który mógłby zakłócić ten sielankowy harmonogram jest deszcz w towarzystwie chmur, który przegania turystów. Nawet wtedy jednak wszyscy są w biegu, jakby starali się wycisnąć swój dwutygodniowy urlop, nie stracić z niego nawet minuty.

Tego popołudnia pogoda dopisywała. Statki przewożące turystów kursowały co godzinę kalecząc boleśnie portfele ojców rodziny, morze wypełnione było łebkami z kolonii, zakochani obsiedli molo. Targi przy budach z frytkami przerwała jednak przerażająca, złowroga syrena portowa.

Jestem przyzwyczajony przyjmować ten moment w Łodzi, gdy na kilkadziesiąt sekund niemal całe miasto staje. Wszędzie słychać klaksony, spacerowicze na chwilę zastygają w bezruchu, wracający do domu pracownicy banków i sklepów znajdują te pieprzone trzydzieści sekund, by oddać hołd. Ci, którzy mimo dźwięku strażackich syren biegną dalej to wyjątki, na które nawet niewarto zwracać uwagi. Tak przynajmniej zapamiętałem kolejne rocznice wybuchu Powstania Warszawskiego w moim mieście.

Na dźwięk syreny portowej zatrzymałem się i pomodliłem, podobnie jak moja ukochana. Przez te kilkanaście sekund milczącego hołdu dla Powstańców prawie potrącił nas odpowiedzialny ojciec, który pędził do gofrów, póki nie ma kolejki. Spojrzałem na wpływający do portu statek obwożący wycieczki – z pokładu machali do nas ludzie, cieszący się, że ich dokowanie spotkało się z tak oficjalnym przyjęciem, z portową syreną… Wszystkie budki na pełnych obrotach, tylko ekspedientki krzyczały trochę głośniej, bo przez ten hałas to nic, kurwa, nie słychać. Syrena zamilkła. Rozglądam się uważniej, może ktoś tłumaczy dziecku po co ten sygnał, może ktoś pyta co to miało w ogóle znaczyć, może kogoś tu cokolwiek obchodzi, poza kawałkiem ziemniaka przysmażonym na trzydniowym oleju!

Nie jestem typem prowadzącym zaciekłą walkę o pamięć. Nie pojechałem do Warszawy (choć brałem takie rozwiązanie pod uwagę), nie poszedłem do kościoła, nie ubrałem się odświętnie. Nie mogę jednak pojąć, jak można zignorować rocznicę tak mocno, jak uczyniła to turystyczna mozaika z Ustki. Jak można zignorować sygnał syreny, jakby co dzień o 17 grała w najlepsze, jak można zapomnieć o 150, czy nawet 200 tysiącach zamordowanych Polaków?

Nie wiem, czy Powstanie miało sens, czy to była dobra decyzja, nie mam pojęcia o sztuce wojennej, nie znam meldunków AK, nie znam raportów o stanie niemieckich wojsk, nie znam wiary w rosyjską, czy aliancką pomoc. Wiem jednak na pewno, że te 150 tysięcy ludzi wykazało się bohaterstwem i patriotyzmem, którego dziś już w Polsce nie ma. Można dyskutować o słuszności Powstania, można kwestionować sens tej ofiary, ale nie można zapominać! Nie mamy chyba prawa ich oceniać, mamy za to obowiązek pamiętać.

To banał i truizm, ale naród, który zamienił pamięć o swojej przeszłości na bitą śmietanę z gofra, nie ma chyba najlepszych perspektyw na przyszłość.

Cóż, jak się okazuje geneza ksywki nie jest zbyt wesoła i paradoksalnie wynika raczej z tamtej niechęci do tych wszystkich typów, którzy daliby się pokroić za miejsce z przodu kolejki po ten doskonały przysmak. Potem była cała fala „podszywek” z udziałem gofrów (niektóre z nich to małe dzieła sztuki, zresztą podobnie jak ktoś, kto wymyślił ksywkę „Kibolkiewicz”), co w sumie było mi na rękę – zawsze chciałem mieć możliwość takiego mrugnięcia okiem do ludzi, którzy czytają mnie od dawna.

W tekstach, które były dla mnie szczególnie ważne, przemycałem gdzieś te gofry i czekałem na pierwszy komentarz: „Gofry=Olkiewicz”. Zazwyczaj niezbyt długo. Kiedy wreszcie zdecydowałem się zacząć pisać na Wyszło (wcześniej odciąłem się od „siostrzanego” projektu weszło, po tym tekście: http://wyszlo.com/oto-co-chcieli-powiedziec-przeciwnicy-zwiazkow-partnerskich-z-po-ale-nie-umieli/, z którym TOTALNIE się nie zgadzam) zapytano mnie o jakiś śmieszny pseudonim. Mógł być tylko jeden: Gofrey.

A same gofry? Cóż, wyjątkowo ciepło wspominam te z małej spelunki w Kopalinie, gdzie spędziłem kilka ładnych turnusów. Nie polecam z kolei przyspieszania naturalnej kolei rzeczy i zamawiania gofrów w mieście przed sezonem – przepraszam, może urażę znawców tematu, ale dla mnie gofry je się latem, nad morzem i tak jak nie jarają mnie mrożone truskawki w styczniu, tak i pierwszego gofra jak zwykle napocznę dopiero gdzieś na wakacjach, o ile do takich dojdzie.

Jako autorytet w kwestii tego posiłku doradzam rozrzutność – cukier puder nie załatwi sprawy, prawdziwy gruby gofr to bita śmietana, posypka, a najlepiej jeszcze mus owocowy. Nie oszczędzajcie, lepiej zjeść raz, a porządnie, niż wiecznie okłamywać się, że samym musem będzie mniej tuczące i wpieprzać to codziennie. Omijajcie budy śmierdzące frytkami – istnieje duże prawdopodobieństwo, że śmietana spłynie wam z gofra jeszcze przed konsumpcją, zazwyczaj w takich budkach jest bowiem wyjątkowo ciepło.

Mam nadzieję, że krótką genezą ksywki oraz kilkoma fachowymi poradami uczciłem Dzień Gofra w należyty sposób. Życzenia zostawiajcie w komentarzach.

Komentarze


Tagi: , , ,



Back to Top ↑