Milion rzeczy, które ukradłbym Barcelonie i przemycił do Polski

Opublikowano Listopad 3, 2014 | przez Jaskier

barcelona2

Dawno nie czułem się aż tak głupio. Od dłuższego czasu kroił się tygodniowy wyjazd do Barcelony, na który oczywiście pisałem się od samego początku. Tyle tylko, że jakoś nigdy – z niepojętych dziś względów – nie kupowałem opowieści o magii tego miejsca. Oczekiwania miałem więc niezbyt ambitne – skoczyć na Camp Nou na dwa mecze i najebka w kameralnym gronie. Tyle. Piłka nożna i alkohol. Zupełnie jakbym jechał z kumplami do Mikołajek. Z dzisiejszej perspektywy – dwa tygodnie po powrocie – nie mogę uwierzyć, jakim byłem ignorantem.

Ci z was, którzy mieli przyjemność wylądowania na lotnisku El Prat i życia – choćby tylko przez kilka dni – w tym mieście, chyba przyznają mi rację co do tego, jak zmienia się tam optyka. Pierwsza reakcja? Aroganckie – „chyba mógłbym tu mieszkać”. Po odbyciu kilku spacerów, skosztowaniu lokalnych specjałów i dzbanku Sangrii, skromne (błagalne wręcz) – „marzę, by tu mieszkać”.

Na początku ustalmy jedno – to miasto na pewno ma jakieś wady. Nie ma innej opcji, musi mieć. Gdyby było inaczej, wiedzieliśmy gdzie leży biblijny raj. Tyle tylko, że na miejscu ogrom zajebistości tak przytłacza człowieka, że do dziś nie mogę znaleźć choćby jednej. Po takiej podróży trzeba zrobić rachunek sumienia. Mój będzie miał formę wyliczanki. Skoro nie mogę się tam przeprowadzić, oto kilka drobiazgów, które najchętniej ukradłyby Katalończykom i przywiózł do Warszawy.

Jeszcze jedna mała uwaga, zanim wystartujemy – tak, celowo pominąłem Gaudiego. Przyczyna prosta jak fabuła „Na Wspólnej” – musiałbym zabrać połowę miasta, a pojedyncze dzieło: a) ciężko wybrać, b) wyrwane z kontekstu zbyt wiele by straciło.

Jednokierunkowe ulice…

… wszędzie. Kiedyś czytałem – bodajże w Przeglądzie Sportowym – wspominki Bogdana Wenty z czasów gry w Barcelony. O czym mówił? Między innymi o jednokierunkowych ulicach. Wtedy wydawało mi się to co najmniej dziwne, teraz doskonale to rozumiem. Bardzo funkcjonale rozwiązanie i praktycznie zero korków.

La Boqueria

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Teoretycznie bazar. W praktyce miejsce, w którym spędzić można pół dnia. Z czasem nawet setne szturchnięcie przez turystę w wąskich alejkach przestaje przeszkadzać. Znajdziecie tam praktycznie wszystko, co wymarzy sobie wasze podniebienie – od świetnych regionalnych wędlin, przez owoce ziemi po owoce morza i ryby, które jeszcze kilka-kilkanaście godzin wcześniej pływały. Uczta dla zmysłów. Wchodzisz i atakują cię zapachy (ci, którzy nie lubią zapachu sklepu rybnego, powinni ominąć kilka alejek), rozglądasz się, a tam paleta kolorów.

Bardzo długa i cholernie przyjemna gra wstępna. Dopiero na końcu następuje konsumpcja. I nie jesteś rozczarowany. Sześciu gości wyposażonych w patelnie, ściśniętych na kilku metrach kwadratowych (w Polsce Sanepid dostałby zapewne szału i zamknąłbym to wszystko w pizdu) potrafi dogodzić lepiej niż babcie niedzielnym obiadkiem. Najlepsze krewetki na świecie – właśnie tam.

Bary Tapas

tapas_bar_2

Bary z przekąskami możecie spotkać tam na każdym kroku. Pierwszy raz w takim miejscu dla człowieka przyzwyczajonego do treściwych polskich obiadków może być szokiem. Jedna pozycja w karcie to – ni mniej, ni więcej – porcja, na którą mówimy „coś na ząb”. I to jest w tym najlepsze. Nie męczysz jednej pizzy, a miksujesz, czego efektem jest naprawdę wypasiony obiad. Podstawa – patatas bravas i grillowane warzywa, a dalej – wszystko na co masz tylko ochotę. Idealne miejsce na „biforek” ze znajomymi. Na after zresztą też…

Tylko jedna niedogodność. Niestety, to nie Wigilia. By spróbować wszystkiego, co wygląda smakowicie nie wystarczy jeden wieczór. Tydzień? Też mało.

A teraz mój faworyt – sos pomidorowy. Niby banał, możecie się śmiać, ale gdy spróbujecie, nawet nie wyłapiecie momentu, w którym zaczniecie wylizywać talerz, pomimo tego, że nie wypada. Serio, to zupełnie inna liga niż „polewajki” z naszym pomidorów.

Sangria w każdym barze

Dwa dzbanki wjeżdżające na stół na początek, a potem kolejne (w zasadzie do oporu) – to obrazek, który na długo utkwi mi w pamięci. Zimniutka, w większości miejsc tania jak barszcz. Jak nie jestem wielkim fanem słodkich alkoholi, tak Sangrię mogę pić litrami. Czasami warto przerzucić się na regionalne piwo, ale i tak – prędzej czy później – do niej wrócicie.

W tym wypadku plus jest taki, że przy odpowiednim wyborze (omijajcie Biedronkę), możecie ją sobie przygotować sami, bez większej straty dla finalnego efektu.

Plaża…

ts_W_Barcelona_091231

Po pierwsze, nie mogę dokładnie wytłumaczyć dlaczego, bo jest spora szansa, że ten tekst przeczyta moja druga połówka. Po drugie, chyba nie ma potrzeby, bym to robił. Jesteście bystrzy, domyślicie się.

Kompletny luz

Bywa to irytujące, ale ma również swój urok. Kelner, dla którego priorytetem jest prywatna rozmowa telefoniczna. W Polsce taki jegomość za podobne obsłużenie twojego stolika zostałby zapewne najpierw zlinczowany, a potem wywalony z pracy. A tam, spokój. Nikomu się nigdzie nie śpieszy. Hiszpanie nie sprawiają wrażenia zbytnio obowiązkowych.

Oczywiście – mój odbiór podobnych scen zależy od punktu siedzenia. Gdybym wyskoczył na lunch, to pewnie bym się na to zżymał. A że byłem na wakacjach – pełen chillout. Mimo to fajnie zobaczyć miejsce, w którym ten ciągły pęd za garnkiem złota na końcu tęczy nie istnieje. Albo przynajmniej występuje w ograniczonej skali.

Niedzielny rozgardiasz

Kiedy przejdziesz się ulicami Barcelony, masz wrażenie, że tam naprawdę nikt nie siedzi w domu. Co alejka, coś się dzieje. Ludzie spędzają tam razem czas i widać, że nie są to tylko turyści, ale lokalsi. Degustacje win i potraw, występy lokalnych – ulicznych bądź nie do końca – artystów, tańce w środku dnia. Dzieje się. Niesamowity przekrój bawiącego się społeczeństwa. Sorry, ale u nas starsza pani nie zatańczy z chłopakiem z blokowisk o żadnej porze dnia i nocy. Tam jest to możliwe. Przy okazji manifestują oni swoją przynależność. Co tu dużo mówić – trochę inaczej niż my, Polacy, 11 listopada.

Już po powrocie trafiłem na informację, że to raj dla dzieciaków, które chcą aktywnie spędzać czas za domem. Ogromne bezrobocie wśród młodych-wykształconych przyczyniło się do sporego wzrostu liczby animatorów kultury. Oni mają z tego jakiś tam hajs z miasta, a ty z dzieciakiem (lub bez) świetną zabawę.

Generalnie – co tu dużo mówić – jest to miasto dla ludzi. Ciekawe miejsca położone na wzgórzu? Proszę bardzo, ruchome schody, zainstalowane tak, by nie psuły zbytnio uroku miejsca. W Polsce żaden konserwator zabytków by nie zdzierżył.

„Eklektyzm”

Układ miasta jest bardzo ciekawy, bo strasznie nieoczywisty. Brak jest klarownych podziałów na rejony mieszkalne, biurowe itd. Idziesz i już wydaje ci się, że minąłeś wszystkie szczególne miejsca, bo zaczynają się skromne blokowiska, a tu masz – trafiasz w gotycką uliczkę. A z niej prosto do miejsca, w którym ślad po sobie zostawił jeden z modernistycznych twórców. Swoisty bałagan, ale bardzo przyjemny.

Jeśli nie znasz miasta – to coś jak loteria fantowa, tylko bez słabych nagród.

Podejście do sportu

Takie inne – powiedziałbym – radosne. Znów partycypacja różnych grup wiekowych, klas itd., kłania się nisko. W metrze starsze panie nie kulą się na widok faceta w szaliku. Prędzej dołączą do dyskusji na temat Luisa Suareza. Na Camp Nou siłą są starsi panowie, którzy od dekad biorą swoje małżonki pod pachę i co dwa tygodnie dreptają na Camp Nou. Zawsze to samo, zawsze z poduszką pod dupę i lornetką. Piękna sprawa.

Nie dziwota, że dziennikarze sportowej prasy drukowanej nie drżą tam o spłatę swoich kredytów.

*** Więcej grzechów nie pamiętam, choć pewnie powinienem. Być może to skutki przedawkowania Sangrii, być może byłem tam za krótko, by wyłapać/docenić i uzupełnić tę niezbyt rozbudowaną listę. Najlepsze jest to, że mogę tam wrócić i nadrobić.

Komentarze


Tagi: , , , , ,



Back to Top ↑