Mit kreatywności i dlaczego warto go obalić

Opublikowano Listopad 10, 2014 | przez lucky bastard

Inspirujące wyszło. kreatywność

Opublikowano Listopad 10, 2014 | przez lucky bastard

0

– Kiedy jestem zupełnie sam, w dobrym humorze. Kiedy spaceruję po dobrym posiłku, albo w nocy, kiedy nie mogę spać. To w tych chwilach moje pomysły są najbłyskotliwsze, a myśli płyną najszybciej. Mój umysł się zapala, a temat, nad którym pracuję, staje się jasny i wyraźny, niemal w pełni opracowany i gotowy. Kiedy siadam później wtedy by to spisać, rzadko końcowy efekt różni się specjalnie od tego, co sobie wyobraziłem.

To fragment listu Mozarta z 1815 roku, a który to tekst stał się jednym z fundamentów tego, jak postrzegamy istotę geniuszu. Teoria, że wszystkie opery, najlepsze melodie i genialne symfonie niemieckiego kompozytora były efektem natchnienia, powtarzana była później w wielu innych publikacjach dotyczących kreatywności: „The Mathematician’s Mind” Hadamarda z 1945 roku, „Creativity: Selected Readings” Vernona z 1976, „The Emperor’s New Mind” Penrose’a, a także „Imagine” Jonaha Lehrera. Co więcej, utrwaliła się w zbiorowej świadomości.

Problem w tym, że rzeczony list, tak wpływowy, był sfałszowany. Udowodnił to biograf Mozarta, Otto Jahn. W wielu innych listach, na przykład tych do ojca, sióstr, znajdujemy zupełnie inną historię powstawania wybitnej twórczości.

Żadne z dzieł Mozarta nie powstało w oparciu o magię, boskie natchnienie, impuls chwili. Tworzył jedną, drugą, trzecią i siedemnastą wersję tego samego dzieła. Szlifował swoje kompozycje, dokonywał rewizji, wyrzucał całe części do śmieci, a czasem natrafiał też na blok. Jego prace, wynikały, cóż, z pracy. Ciężkiej, mrówczej, precyzyjnej. Z pracy i dedykacji, autentycznej pasji, by poświęcić się temu, co robił.

Wspomniany list z fałszywym przekazem przetrwał, bo pasował do romantycznej wizji o tworzeniu dzieł. Trafił na nośny grunt. Jak nośny, najlepiej pokazuje fakt, że tamte mity żyją do dziś.

Co jednak z tego wynika dla nas? Ano, bardzo wiele. To, że takie rozumowanie przetrwało, sprawia, że wielu nie wierzy w siebie. Uważa, że wielkie rzeczy są zarezerwowane dla innych. Możliwość osiągnięcia wybitności w danej dziedzinie – zero szans, bo ktoś nie postrzega siebie w kategoriach wyjątkowości. Rzecz w tym, że wyjątkowym wcale być nie trzeba, aby tę wyjątkowość pewnego dnia osiągnąć, każdy zaczyna od punktu zero. Może niektórym wygodnie jest wierzyć, że nie stać ich na nic wielkiego, bo dzięki temu nie muszą wiele od siebie wymagać?

Jeśli znajdziecie czas, obejrzyjcie kiedyś dokument „Jiro sni o sushi”, opowiadający o najlepszym na świecie twórcy sushi. Film daje nam wgląd w życie gościa ze szczytu szczytów swojej branży i szybko jasne staje się, że źródłem jego sukcesu nie jest jakiś wybitny, wrodzony talent, ale niezwykłe podejście do swojej pracy. Ów kucharz, mimo prawie 90-tki na karku, mimo bycia najlepszym w swoim fachu, cały czas chce się rozwijać. Cały czas chce ulepszać swoje dania i cały czas jest wobec siebie nieprawdopodobnie krytyczny. Wciąż wyznacza sobie kolejne cele.

Pewnie jest też jednym z najbardziej pracowitych ludzi, jakich widziała Japonia. Od kilkudziesięciu lat, po wiele godzin dzień w dzień, pracuje nad tym, by być coraz lepszym. Żadna dziedzina nie ugnie się pod takim nakładem pracy i to jest diabelnie inspirujący fakt.

Ktoś powie: ale jaka cena! Zasuwać aż tak tyle czasu? Nie opłaca się. Otóż Jiro nie zgodziłby się: – Cały dzień chodzę jak w ekstazie – oto jak smakuje sukces, nie ten mierzalny zarobionymi pieniędzmi, ale własnym rozwojem i tym, kogo potrafiłeś z siebie uczynić.

 

Komentarze


Tagi: , , ,



Back to Top ↑