Moda męska: ręce precz od klasyki!

Opublikowano Czerwiec 25, 2015 | przez ZP

Jerzy-Janowicz-Wimbledon

Ze zdumieniem przeczytałem ostatnio słowa wielkoszlemowego mistrza z Londynu z 1987 roku, Pata Casha, który powiedział: „Obowiązkowa biel strojów w Wimbledonie jest przeżytkiem i nie służy popularyzacji dyscypliny.” Takiej wypowiedzi spodziewałbym się raczej po jakimś młodym tenisiście, który ma tradycję za nic, tymczasem wygłosił ją facet mający już na liczniku pięć dych.


Nie wiem, czy Cash rzeczywiście tak myśli, czy też zagrał pod publiczkę, żeby znowu zrobiło się o nim głośno. W sumie to nieważne, niezależnie od pobudek jakimi kierował się Australijczyk, zupełnie się z nim nie zgadzam. Mam nadzieję, że biel na Wimbledonie przetrwa do ostatnich dni tego turnieju, które – oby – nadejdą za wiele, wiele lat. Nie jestem zwolennikiem zmian, ponieważ bardzo cenię sobie klasykę i pewne dziedzictwo w ubiorze. Jeśli tenisiści chcą wyglądać jakby właśnie wyszli ze sklepu z farbami, w którym doszło do wybuchu – proszę bardzo, niech ubierają się kolorowo. Wszędzie, byle poza Wimbledonem. W Londynie obowiązuje biała elegancja i łapy od niej precz. Zresztą nie tylko o tenis tu chodzi, ale o całokształt.

Nazwijcie mnie starym prykiem, trudno, ale uważam, że pewne normy w kwestii stroju zawsze muszą być zachowane. Czyli np. według mnie panowie nie powinni wybierać się do klubu na imprezę w krótkich spodenkach, do opery – w przybrudzonych trampkach, na wesele przyjaciela – w marynarce pod którą jest t-shirt, na kolację do rodziców dziewczyny – w starych jeansach i bluzie z kapturem. Nie i już. Ja wiem, że w tym momencie te wszystkie modowe blogerki, szafiarki, syfiarki i Bóg wie kto jeszcze się ze mną nie zgodzą i uznają za ubiorowego nudziarza – trudno, jakoś to przełknę. I dalej będę podkreślał, że kroczenie ścieżką klasyki to dobry pomysł. Oczywiście – w pewnych sytuacjach można ją omijać. Nie zawsze trzeba być odpicowanym jak Bogusław Kaczyński, są jednak sytuacje, w których po prostu wypada być czystym i schludnym.

Swoją drogą zauważyłem ostatnio, że elegancja przeżywa spory kryzys. Wiele osób uważa np. piątkowe, wieczorne wyjście do miasta w białej koszuli, dobrej marynarce, spodniach w kant i lśniących butach za wielką przesadę. Dziś zamiast stawiać na klasykę, lepiej stylizować się na bezdomnego. Zapuścić półmetrową brodę, na klatę założyć t-shirt z jakimś głupawym wzorem, na dupę spodnie, które wyglądają jakbyśmy właśnie popuścili – tak noszą się dziesiątki ludzi, których widuję w Warszawie nad Wisłą, na Nowym Świecie czy w okolicach Placu Zbawiciela. Jest ich tylu, że doszło do paradoksu – ktoś szykowny jest traktowany na mieście jak dziwak, niemalże wytykany palcami. Absurd.

Na szczęście ten dziwny jak dla mnie trend za jakiś czas na pewno zostanie zastopowany. Bo w modzie, jak wiecie, wszystko prędzej czy później przemija. Jest więc szansa, że np. koło 2018 mężczyźni w tym kraju zaczną się hurtowo ubierać w stylu przedwojennym, dzięki czemu ulice pełne będą elegantów. Przesada? Oczywiście, ale wole przeginkę w tę stronę niż w drugą, kiedy to 2/3 facetów świadomie upodabnia się do nędzarza.

Komentarze


Tagi: , , , , , ,



Back to Top ↑