Moda na swój towar u swojego, czyli przypomnij sobie kapslowaną oranżadę

Opublikowano Kwiecień 8, 2014 | przez Gofrey

warzywniak_raport_AS

Jedno z najcieplejszych wspomnień mojego dzieciństwa to smak ohydnej oranżady za kilkadziesiąt groszy (a może złotówkę?) pitej z gwinta przed sklepem, która w szkole wywoływałaby obrzydzenie, ale po kilkugodzinnej sesji z piłką i trzepakiem zdawała się boskim nektarem.

Wszystkie dzieciaki z podwórka latały po nią, jak ukraiński nacjonalista, czarni od brudu i czerwoni ze zmęczenia, po czym delektowały się, jakby kręcili reklamę „Tymbarka”. Zresztą pal licho oranżadę, czasem wystarczały nam same kapsle do gry, które babeczka ze sklepu chętnie wręczała rozwrzeszczanej hałastrze.

W tym sklepie nie ma już oranżady. Ostatnio w ogóle jest w nim coraz więcej pustych półek. Mam wrażenie, że z każdą kolejną genialną reformą wymyślającą coraz to nowe fiku-miku wokół kas fiskalnych, czy nowe, na-sto-procent-lepsze i och-jak-bardzo przyjazne przedsiębiorcom sposoby rozliczania podatków – produktów jest coraz mniej.

Ostatnio wspominając te oranżady zastanawiałem się nad zakupami, które przynosiły mi najwięcej satysfakcji. Nad sytuacjami, w której wydając pieniądze (nienawidzę tego robić!) czułem autentyczną radość z faktu opróżniania kieszeni. Napój po grze w piłkę – bankowo. Zegarek naprawiony u niepełnosprawnego zegarmistrza, który wynajmował jakieś dwa metry kwadratowe w małym sklepie z chemią – bez dwóch zdań, wspominam to do dziś. Pierwsze zakupy spożywcze do nowego mieszkania, gdy sympatyczna babeczka za kasą tłumaczyła mi czym się różni śmietana osiemnastka od śmietany dwunastki – też. Piwa regionalne objaśniane przez ekspedienta-wytrawnego eksperta, czasopisma odbierane ze sklepu mojego taty i gość w elektronicznym, który sprzedając mi gniazdko zachowywał się z kurtuazją, o którą nie podejrzewałbym nawet krawca szyjącego garnitur na miarę.

Punkt wspólny? Może jestem zboczony albo zwyczajnie pierdolnięty, ale wygląda na to, że czerpię perwersyjną przyjemność z zakupów w małych, lokalnych sklepach. Nie przypominam sobie ani jednych sympatycznych, godnych wspomnienia zakupów w Biedronce. Przepraszam, ale nie pamiętam też żadnych przygód w Tesco, ani tym bardziej w Saturnie.

Pewnie przepłacam.

Może w ciągu miesiąca, gdybym – zamiast spędzać cztery razy w tygodniu po pół godziny na gadce ze sklepikarzem przy kupnie jednego Ciechana – pojechał do marketu i kupił czteropak, wyszedłbym parę złotych na plus. Pewnie tak samo byłoby ze śmietaną i każdym innym produktem – nie ma co się kłócić, cenowo moje ukochane sklepiki nie mają podjazdu do marketów. Mam jednak wrażenie, że te kilkanaście groszy doliczane do każdego rachunku to trochę jak opłata za całą tę otoczkę. Za gadanie, wybieranie, przebieranie i uśmiech. Za to że nie musisz mieć monety na wózek, a pani „da w dwóch torebkach, żeby się nie potłukło”.

Strasznie ucieszyłem się, że akcja „Swój do swego po swoje” prowadzona przez Ruch Narodowy została podłapana przez kolejną grupę polityków, tym razem tych z Polski Razem, którzy startują z akcją „Żyj po polsku”. Wiadomo, o co chodzi – kupuj lokalnie, sprawdzaj, czy na twoich zakupach zarobili twoi rodacy, upewnij się, że zainwestowałeś pieniądze w dobry produkt. Te dwie inicjatywy – a pewnie, patrząc na odbiór obu wśród moich znajomych, wkrótce będzie ich więcej – skłoniły mnie do przypomnienia sobie smaku tamtej oranżady. Do tego smutnego wniosku, że ci wszyscy ludzie, u których uwielbiam kupować, naprawdę nie mają lekko. Zresztą, przecież znam to z autopsji i (zawsze chciałem użyć tego sformułowania) pochodzę z rodziny kupieckiej. Wiem, ile trzeba się nalatać, by wyjść na swoje. Wiem, ile nerwów i wyrzeczeń kosztuje każda zarobiona złotówka. Wiem, ile papierów trzeba przemielić i ile kłód pod nogami przeskoczyć, by wszystko było legalne w świetle prawa.

Wiem, jak wygląda dwunasta i trzynasta godzina właściciela spędzona za ladą w swoim sklepie. Wiem, jak wygląda przeciąganie godzin otwarcia, byle uciułać jeszcze kilka złotych na pokrycie zaległych faktur. Mówiąc szerzej – wiem, jak wygląda życie polskiego przedsiębiorcy. Z tą wiedzą, pamiętając ile frajdy daje mi kupowanie swojego u swoich, liczę że ten tajemniczo brzmiący patriotyzm gospodarczy będzie zarażał coraz więcej osób.

Aha, by była jasność – w podobny sposób zachęcam też do wybierania Próchnika zamiast Hugo Bossa, Bytomia zamiast Armani Jeans i Agata Meble zamiast Ikei. Dlaczego? W rodzinie nic nie ginie…

Komentarze


Tagi: , , , , , , ,



Back to Top ↑