Mój kraj, moja duma: „support your local brewery”

Opublikowano Marzec 31, 2016 | przez lucky bastard

craft-beer

Mody mają to do siebie, że przemijają, później wracają, najczęściej w zmodyfikowanej formie, a następnie znów przemijają. Generalnie ciężko się do nich przywiązywać, ulotność jest istotą rzeczy. Dlatego mamy nadzieję, że w kontekście regionalnych polskich browarów, wypada już przestać mówić tylko o modzie czy trendzie, a należy zacząć traktować je jako stały, coraz bardziej rzucający się w oczy element krajobrazu. 

No bo umówmy się – mamy się czym chwalić!

Pierwsze cieplejsze dni w tym roku, zero strachu przed zamarznięciem, w dodatku trochę związanych ze świętami luzów w pracy – to musiało się skończyć ruszeniem w teren. A stałym elementem takich wycieczek są oczywiście wizyty w okolicznych lokalach w celu zaliczenia fajnych chwil dla podniebienia, a także uzupełnienia płynów. W trakcie kilku ostatnich dni przetestowaliśmy to w dwóch opcjach: warszawskiej i nadmorskiej. Klimat kompletnie inny, ale da się oczywiście znaleźć punkty wspólne.

Ten najbardziej zaskakujący – i zarazem budujący – jest taki:  przeglądając menu, dłużej ślęczeliśmy nad wyborem popitki niż potrawy. Ewentualnie zajmowało na to tyle samo czasu, przecież nie siedzieliśmy stoperami, ale mniejsza tym.

Chodzi o to, że jeszcze kilka lat temu było to w zasadzie nie do pomyślenia. Oczywiście wtedy również dało się znaleźć lokale, które stawiały na bardzo szeroki wybór piw, ale dominowały takie, które ograniczyły się do 1-3 pozycji i to z reguły tych najbardziej popularnych piw, od wielkich koncernów. A dziś – pełen luksus. W zasadzie należałoby nawet wspomnieć o tzw. kłopocie bogactwa, bo nie szans, by sprawdzić za jednym razem wszystkie interesujące pozycje i jednocześnie o własnych siłach wstać później od stolika!

Jasne, ciemne, smakowe, słodkie, gorzkie. Pilznery, lagery, koźlaki, portery – do wyboru, do koloru. Dominować zaczynają nazwy, które nic nie mówią masowemu odbiorcy, ale które jednoznacznie wskazują, że mamy do czynienia z lokalnym wyrobem (dajmy na to Warmińskie Rewolucje, nasz ostatni wybór). Oczywiście łatwo w trakcie tych „randek w ciemno” trafić na trunki, które nie podchodzą, ale generalnie samo zjawisko – na wielki plus.

Jakieś minusy? Z naszych obserwacji wynika, że do „rewolucji” nie do końca przygotowani są kelnerzy, którzy powinni być przecież przewodnikami po rozbudowanej karcie. Często zdarza nam się trafić na kogoś, kto nie potrafi doradzić/udzielić informacji o danej pozycji, a to przecież kryminał w tym zawodzie. Panowie i panie, pora odrobić lekcje.

Oczywiście, to nie jest też super tania zabawa. Zdarza się przecież, że za barową cenę pół litra specyficznego napoju z pianką, można by w osiedlowym sklepiku kupić siatkę Harnasia. Jednak głębsze sięgnięcie do kieszeni w tej sytuacji traktujemy trochę jak element tytułowej akcji. Mamy wrażenie, że warto.

Komentarze


Tagi: , , , ,



Back to Top ↑