Mój kraj, moja duma: od złodzieja i żebraka do słynnego producenta filmowego

Opublikowano Październik 31, 2015 | przez lucky bastard

Clipboard01

Młodszy, starszy, dziecko czy emeryt. Każdy kojarzy ryczącego przed filmami lwa, znak firmowy wytwórni Metro-Goldwyn-Mayer. Kilkusekundowa migawka, dwa ryknięcia, wokół złote taśmy. Mało kto jednak zdaje sobie sprawę, że Samuel Goldwyn, jeden z założycieli filmowego giganta, urodził się… w Warszawie jako Szmul Gelbfisz. Jakim cudem żyd z biednej, polskiej rodziny stanął na czele wytwórni, która wyprodukowała chociażby słynne kawałki z Flipem i Flapem czy Elvisem Presleyem?

Historia, jak się domyślacie, jest bardzo zawiła. Jego matka, z domu Jarecka, wyszła za mąż za ortodoksyjnego żyda. Sprzedawcę mebli, który mnóstwo czasu swojego życia spędził na zgłębianiu Talmudu. Był najstarszym z sześciorga rodzeństwa. Kiedy pan Gelbfisz zmarł, młody Szmul powiedział: dość. Nie chciał podzielić losu rodziców i żyć w biedzie, dążył do poszerzenia perspektyw. Spakował dobytek w szmatę na kiju i wyruszył do Niemiec, oczywiście pieszo, bo w 1895 roku – jak się domyślacie – tanie loty jeszcze nie istniały. Tułaczka okazała się pierwszym krokiem do wielkiej kariery.

W Niemczech też nie było kolorowo. Postanowił zrobić kolejny krok i jakimś cudem trafił do Birmingham, gdzie zmienił nazwisko na Goldwyn. Dorabiał w pracowni kowalskiej, żebrał, kradł. Składał pens do pensa i jakimś cudem udało mu się osiągnąć kolejny cel. Uzbierał na bilet za Atlantyk i przez Kanadę dostał się za granicę Stanów Zjednoczonych. Zamieszkał w pobliżu Nowego Jorku, kilka lat później zyskał amerykańskie obywatelstwo. Najpierw zajął się produkcją rękawic ochronnych. Biznes szedł znakomicie. Szybko stał się jednym z poważniejszych graczy na amerykańskim rynku. Wieczorami zakuwał angielski, chociaż do końca życia nie mówił płynnie. Przez to, oprócz filmów, zostawił po sobie spuściznę w postaci „Goldwynizmów”, czyli słynnych powiedzonek, które najczęściej wynikały z niedociągnięć w języku angielskim. Mówił na przykład: nie uważam, żeby pisanie autobiografii miało sens przed śmiercią.

 

Po jakimś czasie znów uśmiechnęło się do niego szczęście. Poznał Jesse Lasky, siostrę poważnego producenta sztuk teatralnych. Niedługo później wzięli ślub, a Goldwyn namówił szwagra do zainwestowania w raczkującą branżę filmową. Co było później? Ich wytwórnia wyprodukowała The Squaw Man, który dał początek westernom. Problemem Goldwyna był nieznośny charakter. Profesjonalista z niewyparzoną gębą, człowiek na ogół gburowaty. Kolejni wspólnicy poddawali się, nie wytrzymując jego humorów. Po jakimś czasie on i Lasky poróżnili się, Goldwyn odszedł, a niedługo później wytwórnia, którą zostawił, zmieniła nazwę na Paramount Pictures – powinniście kojarzyć. Potem było jeszcze kilka innych przedsięwzięć, aż w 1924 roku powstała Metro-Goldwyn-Mayer.

Kiedy umierał w 1974 roku, miał za sobą współpracę z największymi gwiazdami tamtych czasów. Jego film zgarnął Oscara, a on sam otrzymał Złoty Glob za całokształt. A wszystko zaczęło się od wyruszenia z Warszawy z dobytkiem zawiniętym w szmatę na kiju…

Komentarze


Tagi: , , , , , , ,



Back to Top ↑