Mój kraj, moja duma. „Tango”, czyli pierwszy Oscar dla polskiego filmu

Opublikowano Luty 26, 2016 | przez ZP

4c427e57d-1

O pierwszym i przez tyle lat jedynym Oscarze dla polskiego filmu krąży znakomita anegdota. Rybczyński tuż po odebraniu statuetki wyszedł na papierosa, a tam został zatrzymany przez ochroniarzy. Nikt nie uwierzył ubranemu w podkoszulek i trampki facetowi z Polski, że właśnie został nagrodzony przez Akademię. Zamiast na after party Polak trafił do aresztu.

Zastanawia anonimowość „Tanga”, bo przecież do czasu nagrodzenia „Idy” był to jedyny polski obraz nagrodzony Oscarem. Owszem, kategoria „krótkometrażowy film animowany” nie jest najbardziej prestiżową, ale dajcie spokój: Oscar to Oscar. Tymczasem dzieło Rybczyńskiego to wciąż – nawet w dobie internetu, kiedy o seans niezwykle łatwo – raczej domena znawców kina.

Znawcy powiedzą wam, że dzieło powstało w szczytowym okresie polskiej kinematografii, a więc za PRL-u. Słynęliśmy z Wajdy, Polańskiego, Kieślowskiego czy Hasa, ale równie mocny – choć z naturalnych przyczyn niszowy – był nurt krótkometrażowych animacji. Byliśmy tu światową potęgą. Ta forma sztuki pozwala na dużą umowność, przez wielu zwana jest „poezją” kina, bo tak też wygląda w zestawieniu z tradyjnymi filmami – zamiast długich opowieści są krótkie formy, często zbudowane na głębokiej metaforze.

W tej poezji obrazu mieliśmy twórców największego kalibru, a filmy takie jak „Hobby” Szczechury, „Wszystko jest liczbą” Schabenecka czy też „Ściany” Piotra Dumały należą do panteonu światowej animacji – dziś odnaleźć je niezwykle łatwo, polecamy. Ukoronowaniem jest jednak Oscar dla Zbigniewa Rybczyńskiego za „Tango”. Na tamte czasy był to film przekraczający granice. Nowatorska technologia, choć nie znaczy to, że przy użyciu supernowoczesnych metod: nie, podstawowymi narzędziami pracy Rybczyńskiego były… nożyczki i aceton. Zastosował technikę zdjęciową polegającą na fotografowaniu poszczególnych postaci, każdej z osobna, a potem układaniu ze zdjęć sekwencji animacji. To wymagało dużej precyzji, co najlepiej uświadomi fakt, że prace nad kilkoma minutami obrazu trwały rok. Rybczyński wtedy właściwie przeprowadził się do „Se-Ma-Foru”, mieszkając w pokoju zdjęciowym.

Dlaczego akurat tak wymagającą metodę wybrał? Świetnie mówił o tym sam w jednym z wywiadów, to właściwie znakomite credo dla każdego artysty:

– Jedyną formą ludzkiej działalności, jaka sprzyja rozwojowi jest eksperyment. Nie ma żadnego odkrycia bez eksperymentu. Do jego realizacji potrzebna jest wiedza i mnóstwo doświadczeń. Trzeba stworzyć sytuację, w której nie wiemy, co się wydarzy. To samo dotyczy sztuki, mechaniki, architektury, każdej dziedziny ludzkiego działania. Jedynym wymogiem jest znalezienie niszy, w której nikt przed nami nie był. Tam zawsze powstanie coś ciekawego. Tak też było w przypadku „Tanga”.

O co chodzi w filmie nie będziemy zdradzać, nie ma to większego sensu – po prostu obejrzyjcie. Powiemy tylko, że w kulminacyjnym momencie obserwujemy 26 osób.

Jeśli już obejrzeliście, to powiemy wam, że – jak z poezją – nie ma tu jednej właściwej interpretacji. Sam Rybczyński mówił z rozbrajająca szczerością, że to film bez myśli przewodniej, interesowały go technikalia. Ale tak często powstają najlepsze, najwymowniejsze i najobszerniejsze w treść wiersze – gdy autor tworzy je bez narzucania swojego toku.

Na robotę po Oscarze nie musiał narzekać. Współpracował przy teledyskach z Lou Reedem, Yoko Ono, Pet Shop Boys, Rush, Simple Minds, Mickiem Jaggerem.

Komentarze


Tagi: , , , , , ,



Back to Top ↑