Mój pierwszy półmaraton – zdziwienie

Opublikowano Marzec 27, 2013 | przez Redakcja

z13620347Q,8--Polmaraton-Warszawski

Mój kolega już opisał swój start. Jeśli ja miałbym określić swój jednym słowem, byłoby to właśnie tytułowe zdziwienie.

To, co piszę, przyda się głównie biegaczom początkującym, tym, którzy byli w mojej sytuacji, albo dopiero szykują się do skoku na głębszą wodę. Mam nadzieję, że moje przemyślenia przydadzą im się w przyszłości. 

Zaawansowani mogą od razu zamknąć ten tekst, raczej nie znajdą tu wiele dla siebie. Choć, jeśli chcą, mogą mnie pouczyć w komentarzach. 

Szykując się do startu nie miałem za pasem żadnego biegu dłuższego, niż 12 kilometrów. Raz przebiegłem 15 km, ale równo w połowie miałem kilkuminutową przerwę, bo biegłem oddać koledze kasę i trochę rozmawialiśmy pod jego blokiem. Biegam jednak sporo dyszek, jeszcze więcej krótkich dystansów: 5-8 km. Wszystko w zależności od humoru i doboru towarzystwa. Nie realizuję żadnych rozpisanych planów, nie mam też trenera. Uprawiam ten sport z prostego powodu: chcę być zdrowy i sprawniejszy, mieć sw33t focie z plaży latem i móc jeść wszystko, na co mam ochotę. Nie potrafię raczej samemu zmuszać się do pokonywania swoich granic, w sporcie mam średnią konstrukcję psychiczną. Powiedziałbym, że jeśli trenuję, to raczej po to, by kolejne progi (dystanse) pokonywać z komfortem, niż po to, by robić to szybciej. Rezultaty mają u mnie przychodzić same, a nie mam ich poganiać. Tak myślałem przed niedzielą.

Połówki się obawiałem. Nie wiedziałem, co się stanie po 15 kilometrach, czy będzie na mnie czekał jakiś kryzys, na jaki rodzaj bólu się przygotować, czy zabraknie mi pary, energii… W zasadzie traktowałem to jako test, zebranie doświadczeń. Na podstawie wyników z ostatniego Biegnij Warszawo (51 minut) założyłem sobie więc, że chcę dotrzeć na metę poniżej dwóch godzin i na starcie ustawiłem w strefie za pacerem z balonikiem o takiej właśnie cyfrze.

Następnie zacząłem biec i czekałem. Czekałem, aż zacznie się dziać coś złego. Aż złapię zadyszkę, aż zaczną mnie łapać skurcze, aż poczuję krew w ustach, aż zacznę odpadać od pacera… Czekałem nawet na to, by coś złego zaczęło się dziać z moim brzuchem, bo po na trasie wciągnąłem dwa żele energetyczne, a koledzy straszyli rozstrojem żołądka. Czekałem, czekałem – i nic.

NIC.

Nic się nie stało. Mój brzuch był spokojny. Mój oddech nie wypadał z rytmu, od prowadzącego grupę nie oddaliłem się nawet na 20 metrów, ból niby zaczął się pojawiać w śródstopiu i przyczepach mięśni pośladka, ale jak się pojawił, tak został – średnio mocny i nie powiększający się. Jak zwykle największy dyskomfort czułem po 4-5 kilometrach. Dotychczas była to dla mnie mniej więcej połowa dystansu, zauważałem jednak regularnie, że po pokonaniu tej granicy włącza mi się dodatkowe zasilanie, a wysiłek jest mniejszy. Tutaj było podobnie i to przez cały dystans.

Na 15-tym kilometrze, na dłuższym podbiegu, patrzyłem na odpadających ludzi i myślałem: „O, teraz muszę uważać”.

I nawet wtedy nie było na co, bo podbieg Skarpą Warszawską jest dla mnie elementem co drugiego wyjścia z domu. Tu widać było efekty. Koledzy, którzy tego nie robią, narzekali, więc jeśli miałbym wybrać pojedynczy element, który na pewno będę katował jeszcze mocniej w przyszłości, będą to właśnie podbiegi. Widzę w nich (podkreślam: jestem amatorem) także dużą rolę psychologiczną. Kiedy się do nich przyzwyczajam, to wiem, czego się spodziewać, nie obawiam się tego fragmentu, raczej czekam na niego. To dobre uczucie, tym bardziej, że wiem, że kiedy górka się skończy, zacznę odpoczywać. I faktycznie, za podbiegiem zaczął się fragment… może nie relaksu, ale spokoju.

Oczywiście gdybym próbował trzymać od początku wyższe tempo, pewnie bym dzisiaj rozmawiał inaczej. Ale plan był prosty: zdążyć poniżej 2:00:00. Na 4 kilometry przed końcem zrozumiałem, że nie ma już na co czekać, przyspieszyłem i na metę wpadłem (1:58) ciesząc się, jak dziecko, nie wierząc, że to już koniec, ale trzymając się za bolące już mocno biodra. Uśmiechałem się jak świr, jak wariat, miałem ręce podniesione do góry, szczerzyłem się do ludzi dokoła. Poczułem radość, jakiej dawno nie czułem. Coś w rodzaju miłości, jakiś taki… dłuższy orgazm, dreszcze. Ciężko mi było uwierzyć w brak kłopotów na trasie. Miałem wrażenie, że otworzyłem sobie tym biegiem drogę do kolejnych, że się jakoś sprawdziłem. Chcę to uczucie powtarzać, natomiast…

Napisałem we wstępie, że biegam po to, żeby kolejne dystanse pokonywać z większym, niż wcześniej, komfortem, a nie po to, by biegać szybciej. Półmaraton zmienił u mnie to podejście – przynajmniej jeśli mogę tak powiedzieć teraz, w kilka dni po. Skoro okazało się, że ten dystans jest faktycznie dla każdego, kto regularnie biega bez problemu po 10 km, to teraz chciałbym się zmusić do cięższej pracy. Jestem pewny, że to uczucie z mety da się powtórzyć tylko, jeśli poprawi się swój najlepszy wynik. Spędziłem wczorajszą noc szukając amatorskich grup treningowych w Warszawie i w sobotę idę na pierwsze zajęcia. W sumie – czemu nie?

Kto wie, może zacznę lubić ból? Ten w poniedziałek uwielbiałem, mimo, że pojawił się i w łydkach, i w kilku miejscach, których nie umiem nazwać (na granicy piszczeli i stawu skokowego). Ale był jak jakieś świadectwo. Wiem, że już niedługo będę to wspominał z zażenowaniem, bo pewnie zacznę biegać takie dystanse treningowo i nie będzie to już dla mnie nic specjalnego. Natomiast teraz próbuję to jakoś w sobie przytrzymać.

I wiecie, co jest ciekawe? To, że się nie da. Ta niedziela już minęła. W poniedziałek i wtorek nie zrobiłem nic – i leżę teraz, pisząc to, pełen wyrzutów sumienia. Ten wynik już się nie liczy. Kto wie, może to jest największe zwycięstwo?

Kiedy myślę teraz o następnych barierach do przełamania, to mam przed oczyma wyobraźni dwie godziny biegu w samotności. Połówkę biegłem jednak z ludźmi, mimo, że w słuchawkach. Dwie godziny to długo. Z drugiej strony, tak duży skok w rekordzie pokonanej odległości (dziękuję Ci, Runkeeperze!) sprawia też, że na pewno będę biegał dalej w swoje normalne dni i częściej zapuszczał się na terytorium 1X kilometrów, bo widzę, że nie grozi to śmiercią.

Aha, biegłem z tym:

i z tym:

na słuchawkach i oba miksy sprawdziły mi się świetnie, bo mają dość wysokie tempo (BPM), kilkanaście mocno podnoszących momentów i mało fragmentów, które mogłyby wybijać z rytmu. Oczywiście to jest muzyka elektroniczna, więc nie każdy będzie fanem. Ale ja jestem.

Na trasie zjadłem dwa żele Agisko i popijałem je wodą (Powerade mnie mdlił w połączeniu z nimi – za dużo cukru). Wybrałem te, bo sprzedawca w sklepie mówił, że są bezpieczne – małe ryzyko postoju w toalecie. Pierwszy skonsumowałem na 5-tym, drugi w okolicy 15-go kilometra. Zrobiłem to bardziej na wyczucie. Nie wiedziałem, czy będą mi w ogóle potrzebne. Wolałem to sprawdzić na sobie i jestem zadowolony.

Na start kupiłem sobie folię NRC, żeby się otulić i rozgrzać. Była zbędna, łącznie miałem ją na sobie kilka minut. Następnym razem zimą w ogóle bym jej nie brał, bo podczas biegu dość szybko zrobiło mi się ciepło, a przed startem i tak się ciągle ruszałem.

fot. Gazeta.pl (sorry za jumanie, na oficjalnej stronie wydarzenia nie ma jeszcze zdjęć).

Komentarze


Tagi: , ,



Back to Top ↑