Mój pierwszy raz: Cosmopolitan – odcinek 1

Opublikowano Kwiecień 2, 2013 | przez ZP

cosmo

20 gorących trików dla romantyczek i hedonistek – już jeden z tytułów z okładki „Cosmopolitan” kazał mi przypuszczać, że podczas lektury miesięcznika czeka mnie ciekawa przygoda.

W trakcie flirtu z „50 twarzami Greya” doszedłem do wniosku, że chcę jeszcze bardziej zgłębić świat kobiecej lektury (a przy okazji i natury). Kupiłem więc na stacji benzynowej nowy, kwietniowy numer legendarnego ponoć pisemka dla pań – „Cosmopolitan”.

Już wstępniak naczelnej, niejakiej Hanny Wolskiej, zasugerował mi, że może to być niebanalna gazeta:

„Czy tak jak ja uśmiechasz się już na samą myśl o niej? Sprawia, że nie tylko świat, ale i my rozkwitamy. (…) Niech wiosna Cię nie opuszcza!”

Dobre. Mocne. Kontrowersyjne.

Jeszcze nie doszedłem do siebie po słowach szefowej, a już musiałem przyjąć kolejny szokujący strzał:

„Bluza w modowym świecie narodziła się na nowo! Jest idealnym kompanem dla spodni, jak i dla spódniczki czy szortów”.

Tekst ów okraszony jest fotkami kilku panienek w rozciągniętych bluzach. Przez ten nadmiar materiału nie widać ani kawałka cycka, ani tego, czy laska ma bełcun, czy też ładny, wytrenowany brzuszek. Rzeczywiście, zajebisty ciuch, na pewno wszyscy faceci, którzy oglądali w nim laski na randkach, byli zachwyceni.

Str. 12, tekst pt. „Włos ma głos.”. Dowiaduję się z niego, że gwiazdy często zmieniają fryzury jeśli w ich życiu zdarzyło Cię coś smutnego, typu rozstanie.

„Im bardziej drastyczna zmiana, tym sprawa bardziej alarmująca. Tydzień po wizycie dowiaduję się, że związek mojej klientki rozpadł się – zdradza nam zaprzyjaźniona kolorystka z Los Angeles, Rachal Gamey.

Z tego wszystkiego najbardziej szokuje mnie fakt, że jest taki zawód, jak kolorystka. Nie wiedziałem, serio.

Druga myśl: shit, moja dziewczyna była ostatnio u fryzjera, nieco zmieniła kolor włosów, znaczy to, że chce mnie rzucić?

Wpadam w lekką depresję, a przecież za mną dopiero 1/10 gazety. Strach pomyśleć, co będzie dalej.

Cosmo przeprowadza wywiad z Mariką. Gdyby ktoś nie wiedział: to taka wokalistka, w sumie na tle polskich gwiazdek całkiem utalentowana.

Zanim rozpoczyna się rozmowa, dziennikarka robi coś, co zawsze śmieszyło mnie w tego typu gazetach – opisuje jak ubrana przyszła na spotkanie gwiazda.

„Ma na sobie krótki, czarny płaszczyk, zielone buty na wysokim słupku, bawełnianą szaro-fioletową sukienkę z dużym dekoltem, fantazyjnie związaną w pasie”.

Panowie, za chuja nie potrafię sobie tego wyobrazić, a wy?

Sama rozmowa jest banalna, Marika zalewa czytelnika zwrotami typu „dla mnie szklanka jest zawsze do połowy pełna”.

Miesięcznik dynamizuje sie koło strony 18. Dzielne redaktorki Cosmo tłumaczą czytelniczkom, żeby nie chodziły z facetami zbyt szybko do łóżka.

„Kobiety, które dłużej czekały z pierwszym seksem z nowo poznanym facetem, potem mniej się kłócą ze swoim partnerem. I na dłuższą metę są bardziej zadowolone ze swojego życia erotycznego”.

Niestety dziennikarki nie doprecyzowują, jak długo panna x ma czekać z tym, aby wpuścić swojego partnera między uda. A zatem panowie, bójcie się – jeśli poznaliście akurat jakąś fajną dziewczynę, przed jesienią możecie sobie nie poruchać, ponieważ kobitka pewnie będzie pamiętać o świeżo przeczytanych w Cosmo radach.

Na stronie 23 miesięcznik alarmuje: coraz więcej facetów ma coraz mniejszą pewność siebie!

„Gdy zwiążesz się z mężczyzną pełnym lęków, a sama jesteś silną kobietą, to ty zostaniesz menedżerem w związku. Na krótką metę – fajnie. Na dłuższą – słabo, bo będziesz musiała podnosić partnera na duchu”.

Niejedna pannica na pewno zafrasowała się czytając ten fragment. Ale spokojnie, spokojnie! Cosmopolitan, jak zawsze, ma na wszystko odpowiedź. Co zrobić, żeby twój pizdowaty facet stał się samcem alfa?

„Zapewniaj partnera o swoim uczuciu, zachęcaj do spotkań z ludźmi, w których towarzystwie dobrze się czuje,  i zapraszaj do fajnych działań: na rower czy wspólne gotowanie kolacji.”

Jakie to proste, prawda?

Puenta tekstu też jest niezła: „Męskie ego potrzebuje czasem głaska”.

Jeszcze nie skończyłem zastanawiać się, czy należę do grona gości o zaniżonej samoocenie, czy też jednak nie, a tu proszę – natrafiam na kolejną perełkę. Cosmo radzi mi, czego unikać w kwestii maili:

„Nie używaj poczty elektronicznej, gdy chcesz zażegnać konflikt.

Przeczytaj to jeszcze raz.

Przestrzegaj zasad kultury.”

Przeodkrywcze, naprawdę. Dobrze, że jesteś, gazeto!

Kilka chwil później Cosmopolitan uracza kolejną złotą radą. Jakiś ekspercina tłumaczy dziewczynom co robić, żeby nie rozpierdzielać całej pensji w kilka chwil:

„Co miesiąc, gdy tylko wpłynie pensja, 10% przelej na inne konto i udawaj, że pozostałe 90% to twoje 100%. Na innym koncie wkrótce uzbiera się spora suma”.

„Albo co dzień odkładaj do skarbonki powiedzmy 5 zł.”

Geniusz, nie ma co. Nie rozumiem, dlaczego Donald Tusk nie wypieprzył jeszcze Jacka Rostowskiego ze stanowiska i nie zatrudnił tego kolesia na jego miejsce. Z takim kapitanem polska gospodarka płynęłaby bezpiecznie po wzburzonych morzach światowej gospodarki przez dziesiątki lat.

„Co najlepiej robić w łóżku przed snem? Oprócz oczywistego kochać się dziko ze swoim facetem? Czytać dobra powiesć kryminalną, w której wątki piętrzą się jak t-shirty na wyprzedaży” – dowiaduję się na stronie 43.

Gorączkowo zastanawiam się, dlaczego kobiety, istoty przecież delikatne i wrażliwe, tak bardzo kochają tego typu książki. Zanim udaje mi się odnaleźć odpowiedź, uświadamia mnie autorka tekstu:

„Bo bardzo chcemy się dowiedzieć, kto zabił! Rozwiązanie zagadki i ukaranie sprawcy daje nam wielką satysfakcję. Sprawia, że czujemy się bezpieczniejsze w realnym świecie”.

Jeśli jakaś babka rzeczywiście stwierdzi, że jej dzielnia jest mniej groźna, bo w dziesięciu ostatnich kryminałach na dziesięć, które czytała, znaleziono sprawcę mordu, to nieodzwony znak-sygnał, że taka delikwentka wymaga leczenia. To moje zdanie, ale co ja tam wiem? W końcu moje życie to nuda przy światowych dziennikarkach Cosmo, dla których azalie na klombie są pewnie czymś tak zwyczajnym, jak dla mnie chleb pełnoziarnisty na śniadanie.

„Jak przetrwać rozstanie” – tytuł ze strony 44, wpasowany graficznie w rozerwane serce, sugeruje mi, że za moment będzie naprawdę ciekawie. I rzeczywiście, dzieje się. Na początku dzielne redaktorki uświadamiają czytelniczki, że istnieje coś takiego jak… fejsbuk:

„Twój eks może jednym kliknięciem powiadomić cały świat o tym, że pokłóciliście się na dobre. I nie ma znaczenia, czy lubisz to, czy nie.”

„Minęły czasy, kiedy kończąć związek z facetem mogłaś spakować wszystkie pamiątki po nim do pudełka i spalić je. Teraz nie można schować pamiątek do pudełka. Są w sieci, gdzie wszyscy mogą je zobaczyć”.

Dobrze, naprawdę świetnie, że dziewczyny zwracają na to uwagę. Bo zapewne zdrowa na umyśle, dorosła kobieta sama by na to nie wpadła. Podobnie jak na puentę tekstu:

„Jeśli piszesz, jaki masz status w związku, musisz przygotować się na komentarze. W naszym nowym wspaniałym świecie może lepiej więc zostawić to miejsce puste.”

Wow, dzięki! Teraz już wiem, że nie powinienem obnosić się z moją prywatnością w sieci. Cosmo otworzyło mi oczy. Uratowało od depresji po ewentualnym rozejściu się z dziewczyną.

Na stronie 50 pojawiły się jakieś dydrymały o laskach, które tuż przed weselem mają dylemat: czy narzeczony to ten jedyny. Nie będę tego opisywał, banał goni banał, naprawdę nie ma sensu.  W tekście zaciekawiło mnie natomiast co innego: wypowiedź kobiety przedstawionej jako coach narzeczonych.

No kurwa jego mać, czy my, ludzie, musimy zatrudniać trenerów od wszystkiego?  Ja rozumiem, że trenera to można mieć w siłowni, że jak ktoś totalnie nie ma gustu, to może sięgnąć po radę stylisty, ale coach narzeczonych? Co dalej? Trener personalny do spraw regularnego wypróżniania się? OMG.

Pierwsza częśc przygody z Cosmopolitan kończy się pierwszym ciekawym tekstem na jaki wpadam w tej gazecie: „Marzycielka w wielkim mieście”.

Rzecz o Polce, która rzuciła pracę w korpo i zajęła się swoją pasją: fitnessem. Gazeta przekonuje mnie, że dziewczyna odniosła sukces w Nowym Jorku. I że jest uosobieniem filozofii „Tonique Woman”, czyli… „działa na otoczenie jak orzeźwiający tonik”. Idiotyczne porównanie, ale pomijając je artykuł czyta się całkiem spoko: wreszcie trafiam w Cosmo na tekst, którego poziom infantylności nie jest wyższy niż skażenie radioaktywne w Czarnobylu tuż po wybuchu reaktora.

 

Komentarze


Tagi: , , ,



Back to Top ↑