Mój tydzień pośród portugalskich „pomocników”, mistrzów marketingu i Erasmusów

Opublikowano Listopad 23, 2014 | przez Tomas

lisbon-nightlife

– Want some hashish? Marijuana? – słyszę w samym centrum Lizbony od pięciu różnych gości, stojących kilkadziesiąt metrów od radiowozu policji. W stolicy zaczynają padać pierwsze krople deszczu, znikąd wyskakuje facet z pytaniem: You need umbrella? Z każdą kolejną kroplą takich propozycji jest coraz więcej, następne parasolki zaczynają wyrastać z chodnika.

W końcu podchodzi dwóch gości z parasolami i pyta, czy… chcemy hasz. Idzie zgłupieć, kto i co próbuje ci wcisnąć. Ale te parasolki to jest dopiero imponująca reakcja sprzedawcy, wyczucie rynku i tworzącego się popytu. Jest problem, jest rozwiązanie i dostarczenie go do klienta. Podstawa biznesu.

Szybko przekonałem się, że Portugalczycy to w ogóle bardzo pomocny naród. Na dzień dobry, już pierwszej nocy w samym centrum Porto, otoczyć cię może sporo grupka tamtejszych. To znaczy, kiedy jesteś ty i dwóch kumpli, do każdego z was podchodzi po trzech gości, a tuż za nimi stoi jeszcze z sześciu-siedmiu. No i tak z tą swoją pomocniczością podpytują: Zrobić wam zdjęcie? Ale to waszym telefonem, bo macie telefony, nie? A po dziesięć euro macie? Albo chociaż jakieś papieroski? No, wyskakujcie z tego, co macie.

Jedyne, z czego wyskoczyliśmy, to kilka papierosów. Podejrzewam, że kwestia farta.

***

Aha, ten hasz, który proponują nam w centrum Lizbony, haszem nie jest. Tak mówi 50-letni Portugalczyk, który mieszka z nami, w jednym domu z 15 studentami, i szybko zaczyna częstować i wymieniać się towarem (zdążyliśmy ogarnąć). Zresztą, tak mówią też poznani Polacy, którzy z zakupów w Lizbonie skorzystali. Ich podejrzeń nie wzbudziły nawet szybkie negocjacje – od dziesięciu euro, przez cztery euro, po „ok, deal”. Tłumaczą, że ten kupiony hasz to tak naprawdę… zielona herbata. Ot, stary i popularny na całym świecie myk, jak nabrać naiwnych obcokrajowców.

Dziwi tylko, że po tej herbacie – i to z osobna mówił chłopak, i dziewczyna – mieli ponoć niezłą fazę. Efekt placebo?

***

Policja? Nie, policji tam nie ma. To znaczy, jest, ale chyba tylko oficjalnie. Każdy jara gdzie chce, bez najmniejszego stresu, bo – jak opowiada młoda Portugalka – „tutaj nie ma z tym problemu”. Każdy przechodzi też na czerwonym, jakby sygnalizacja świetlna była co najwyżej sugestią, a na kierowcach nie robi to już żadnego wrażenia. No i generalnie na mieście tej policji jest bardzo niewiele – ma to jak zawsze swoje plusy i minusy.

***

– Nie ma nic łatwiejszego niż wyrwanie dupeczki na Erasmusie – opowiada w klubie pewien Polak, łodzianin. – Które najlepsze? Oj, najlepsze to Latynoski. Te, nooo, Brazylijki! Uderzasz w klubie w ślimaka i sprawa już załatwiona, bo zaraz sama dupcie wystawia. Prosty temat – błyszczy elokwencją.

***

Same kluby? Na pierwszy rzut oka nic nadzwyczajnego, na drugi… też nie i na trzeci – również. Ot, imprezy jak imprezy, zwłaszcza te dla wymian studenckich. Mnóstwo ludzi, większość się wzajemnie zna albo właśnie poznaje, to akurat swoboda i korzyść takich wyjazdów. Raz w jakiś sposób wylądowaliśmy na Pillow Fight Party. Fajna opcja, tylko przez kilka następnych godzin w różnych częściach ciała znajdujesz pierz.

***

Erasmus-students-in-Lisbon-having-fun

Wydaje mi się, że ma coś w sobie ten cały hiszpańsko-portugalski klimat imprezowania. Takie spotykanie się na bifora ok. 23, picie w plenerach lub pubach (wychodzi naprawdę tanio) do godz. 2-3, dopiero wtedy obierany jest kierunek na kluby. Niby podobnie jak w Polsce, ale jednak trochę inaczej. Raz, że z nieco przesuniętymi, opóźnionymi godzinami w harmonogramie. Dwa, że wychodząc nad ranem z imprezy znajdziesz mnóstwo ludzi, którzy chcą iść bawić się dalej, a nie dobić w pijalce taniej wódy. I trzy, że przez tę charakterystyczną pogodę ten styl imprezowania naprawdę jest przyjemniejszy: w połowie listopada wieczorem jest całkiem jasno, noc w miarę ciepła i przyjemna.

Czyli coś, co w Polsce tak właściwie może trwać przez dwa, może dwa i pół miesiąca. A w Portugalii trwa przez większość czasu w roku. Kwestia klimatu i rzecz jasna trybu życia.

***

Czy da się oszczędnie pobalować w Portugalii? Tak, spokojnie. W sklepach wino stoi na winie, kręci się w cenie od dwóch do czterech euro. Można też wyjść w Porto na Ribeirę, gdzie przynajmniej w poniedziałek da radę napić się za 2,5 euro – w zamian dostajesz drinka 0,7 L ze sporą ilością whisky, uzupełnionej o colę. Takie trzy dla faceta, dwa dla dziewczyny i w naprawdę dobrym stanie można lecieć dalej. Na alkohol w takiej cenie kusi się większość, to zawsze więc dobra okazja, by wyjść i spotkać się z ludźmi. Idziesz do pubu, zamawiasz drinka za dychę w złotówkach i w ekipie pijesz nad samą rzeką z naprawdę niezłymi widokami.

Szczerze? Portugalia w połowie listopada to jeden z ciekawszych przerywników od codziennego życia i ciągłych obowiązków.

Komentarze


Tagi: , , , ,



Back to Top ↑