Moje Audioriver, czyli jak nie doszło do seksualnej zabawy w większym gronie

Opublikowano Lipiec 29, 2013 | przez ZP

audio

Pierwszy raz w życiu odmówiłem kobietom trójkąta. Pierwszy raz w życiu w ogóle odmówiłem kobietom.  I choćby z tego względu tegoroczny Audioriver był dla mnie intrygujący.

Kiedy do mnie podchodziła, myślałem, że jest Brytyjką. Włosy w stylu Ani z Zielonego Wzgórza, pieg na piegu, budowa ciała raczej pikniczna niż anorektyczna. Zaskoczyła mnie, ponieważ odezwała się po polsku:

– Jaki jesteś słodki chłopiec, chętnie bym cię zabrała do namiotu.

W wersji pisanej, uwierzcie, brzmi to duuuużo wyraźniej niż w mówionej. Laska trochę bełkotała, była wyraźnie zrobiona,  w sumie to oczywiste, w normalnym stanie nie nazwałaby mnie „słodkim”.

Chwilę po najbardziej niemoralnej propozycji od czasu gdy Robert Redford chciał puknąć Demi Moore, podbiła do nas koleżanka rudej. Ciemne, długie włosy, przeciwsłoneczne okulary, rozedrgana jak Włoch na rozprawie rozwodowej.

– Weźmiemy cię we dwie, powiedz tylko słowo – dziewczyna nie bawiła się w grę wstępną.

Nieźle, jestem na Audioriver pięć minut i już otrzymałem propozycję trójkąta. Pierwszą w życiu zresztą. Fart nowicjusza czy też festiwalowa klasyka? Miałem, oczywiście, nadzieję, że to drugie. I dlatego uprzejmie odmówiłem moim nowym koleżankom. Może gdybym był po pięciu, sześciu piwkach, przez co moja optyka zdecydowanie uległaby zmianie, powiedziałbym tak. Tyle że byłem najtrzeźwieńszy, dlatego dałem im kosza (ależ to brzmi!).

Na Audioriver dostałem się o 1.30 w nocy z soboty na niedzielę. Wcześniej trzy godziny koczowałem z kumplem bez biletu w okolicach wejścia. Pochodzę z Płocka, więc stanie pod bramkami nie wiązało się z jakimś wielkim poświęceniem – i tak wpadłem do domu na weekend. Problem w tym, że podjąłem tę decyzję w sobotę rano, kiedy nie było już wejściówek.

No więc stoimy z butelkowanymi browarami w rękach czekając na jakąś biletową promocję. Nagle podchodzi do nas dwóch łysych, z groźnymi minami. Wyczuwam potencjalny wpierdol, robię się nerwowy, niepotrzebnie. Jeden z nich pyta, niskim barytonem:

– Otworzyć ci stary piwko?

– Tak.

Wyjmuje scyzoryk o milionie funkcji, pomaga, przybija piątkę i idzie dalej.

Niech żyją festiwale, nawet agresywni kolesie stają się wówczas miłymi społecznikami.

Jeszcze nie doszliśmy do siebie po tej sytuacji, a chwilę później zza rogu ulicy wyłonił się samochód. Typowy dresiarski golfiak z przyciemnianymi szybami. Kiedy się otworzyły, postawny łysol zapytał:

– ChcecieM biletyM?

– Po ile?

– Osiemdziesiąt złotych sztukaM.

– Dzięki, za drogie.

– A ile jesteś w stanie dać?

– Czterdzieści.

– Ło, to nie.

Dzięki Bogu, że się nie dogadaliśmy – kilka minut później poznaliśmy z kumplem fajne małolaty. 21-letnia studentka zrobiła siostrze prezent na osiemnastkę i zabrała ją na Audio. Poflirtowaliśmy, wzięliśmy numery, dziewczyny poszły pod scenę, a my zostaliśmy, jak ci biedni frajerzy, za bramkami.

Już chcieliśmy wracać do domu, aż tu nagle minęliśmy się z kilkoma wolontariuszkami. Rzuciłem od niechcenia:

– Macie wejściówki?

– Hmm, zróbmy tak. Spotkajmy się za rogiem, przy kościele, będę w srebrnej Toyocie Yaris – odpowiedziała mi najpostawniejsza z nich.

Zaczęło robić się ciekawie, jak w szpiegowskim filmie.

Zanim doszliśmy do miejsca X, spotkaliśmy ją na chodniku.

– Mam bilety, jednodniowe, ile za nie dacie?

Stanęło na 25 zł od łebka, ale zapłaciłem… dużo mniej. Powód? Miałem przy sobie 108 zł, laska nie miała wydać ze stówy, więc wszedłem na Audio za osiem. Kumpel zrezygnował, poszedł do domu spać.

Jeszcze nie minął mi entuzjazm z powodu transakcji życia, jeszcze dobrze nie wparowałem na plażę, a już dostałem niemoralną, wspomnianą we wstępie propozycję.

Plus 10 do fame’u, poczułem się mocny.

Żeby było jasne: na co dzień zupełnie nie jaram się muzyką, którą grano na Audioriver. Wpadłem tam tylko i wyłącznie dla poczucia atmosfery i żeby móc potem napisać reportaż na Wyszło.

Po kilkudziesięciu minutach pobytu na Wzgórzu Tumskim, z którego widok na scenę był lepszy niż z plaży, poczułem jednak flow, mimo że byłem nienapity i nienaćpany. Napieprzanie niejakiego Rudimentalu, którego wcześniej nie znałem, a także jakichś wariatów występujących tuż po nich, totalnie mnie rozwaliło. Tańczyłem, skakałem, krzyczałem, wygłupiałem się na całego. Ludzie wokół robili to samo, tak w ogóle to wyróżniłem kilka głównych typów imprezowiczów:

a) pary – niby razem, ale jednak często osobno. Niektórym oczka latały bardzo na boki, a głowy chciały zapewne, żeby to samo robiły ciała.

b) grupki dziewcząt-zalotek – skąpo ubrane, często w kostiumach, a jeśli nie to w spodniach z jeansu tak krótkich i tak wystrzępionych, że wylewały się z nich cudne, jędrne, młode pośladki.

c) panowie grupowi desperaci – w dłoni jakiś browar, na korpus zarzucona jakaś bluza Nike’a, stoją, śmieją się, trochę tańczą, trochę flirtują, coś tam próbują, ale generalnie bez szans na sukces.

d) panowie pojedynczy desperaci – seksualny obłęd w oczach, drżące ręce, może z przećpania, może z przepicia, a może po prostu od nadmiaru masturbacji? Ubiór w stylu leśniczego z 1998 roku, złaknieni jakiekolwiek pieszczoty, choćby słownej, na seks mają takie same szanse jak Kasia Cichopek na angaż w hollywoodzkiej superprodukcji.

A, zapomniałbym. Był jeszcze jeden gatunek, absolutnie wyjątkowy. Skakał obok mnie, tańczył, wrzeszczał, wymachiwał swoimi długimi włosami, bawił się dziko, szampańsko, totalnie, bez kompromisów. Ów gość to… znany polski pianista, Leszek Możdżer. Nie wiem, skąd wziął się na Audioriver, ale to najlepszy przykład na to, że ten festiwal jest naprawdę zajebisty – łączy zupełnie różnych ludzi, którzy na kilkadziesiąt godzin stają się muzycznymi braćmi i siostrami.

foto: www.polskieradio.pl

Komentarze


Tagi: , , , , ,



Back to Top ↑