Bomba zegarowa, która zamieniła się w… melanżobus

Opublikowano Grudzień 18, 2013 | przez Gofrey

SONY DSC

Sytuacja pierwsza: wsiadam do ciepłego i bezpiecznego, choć mocno zatłoczonego pociągu. Już przy pierwszym kroku na pokładzie, rozglądając się dookoła, widzę, że wśród współpasażerów atmosfera jest dość napięta – niektórzy patrzą spode łba na tych, którzy już zajęli miejsca siedzące, inni spoglądają z przerażeniem na napierającą falę wsiadających, inni warczą coś o braku kultury – standard.

Każdy gra tu sam, żadnych sojuszy, żadnych przyjaźni. Stawka spora – komfortowa jazda na miejscu siedzącym – więc i kolegów raczej się nie szuka, lepsze efekty osiąga się w pojedynkę. Mam wrażenie, że gdzieś leży albo toczy się po korytarzach granat bez zawleczki. Kwestią czasu pozostaje kiedy wybuchnie – może eksplozję sprowokuje babka zbyt długo przesiadująca w toalecie? A może tych dwóch facetów, z których jeden wyjął „Wyborczą”, a drugi magazyn „W Sieci”?

Nie mogę stawiać zakładów, ale jest gęsto. Jest tak, że sam wolałem od razu przyjąć stołek w przejściu, bez walk, bez przepychanek i ewentualnych zatargów z towarzyszami podróży. Upakowaliśmy się wszyscy w miarę rozsądnie, ci bardziej cierpliwi i ugodowi w przejściach, na korytarzach lub rozkładanych stołkach przy drzwiach, ci bardziej waleczni i nieustępliwi – na fotelach, czasem dwóch na jedną osobę. Cały czas jednak atmosfera walki, niechęci, generalnie można kroić nożem, nie tylko ową atmosferę, ale i zakładników w pociągu. Całokształt rozmów w trakcie jazdy ogranicza się do średnio sympatycznego burknięcia i ultra-chłodnego bla-bla o dupie maryni, raczej z przyzwoitości niż chęci prawdziwej interakcji. Kanar tradycyjnie obrzucany niechętnymi spojrzeniami, prośba o legitymację traktowana z kolei jako największa potwarz wymagająca pełnego pogardy rzucenia plastikiem.

Kurwa, jakże tam było niesympatycznie.

I sytuacja numer dwa: pociąg staje w szczerym polu na granicach sporego miasta w centralnej Polsce. Stoimy. Stoimy. Jeszcze dogorywa ta atmosfera zimnej wojny, jeszcze tli się ogień pogardy dla towarzyszy podróży, ale widać już na horyzoncie zmianę. Wyłączenie zasilania, ciemność. Potem próba „odpalenia” pociągu i znowu ciemność. Jasno. Ciemno. Już wiadomo, że „coś się spierdoliło, stacja”. I nagle, jakby na wszystkich jadących pociągiem zstąpił Duch Święty w towarzystwie jakichś leków antydepresyjnych. Ludzie, którzy kilka minut wcześniej byli gotowi pokroić współpasażera za nierówny oddech przy drzemce, teraz zaczynają dowcipkować. Starsze panie patrzące z ukosa na młodociane odpicowane nastolatki teraz gaworzą z nimi wesoło o tym, że w wyletnionych kozaczkach ciężko będzie iść przez to pole.

Zaczynają się żarty do których przyłącza się zresztą kanar. Hihi, haha, a czy nam wystarczy tlenu, a czy przyleci helikopter ratunkowy. Nic wielkiego, nic szczególnie śmiesznego, ale pociąg stojący w polu stał się miejscem, w którym… miło było siedzieć. Pięć, dziesięć, dwadzieścia pięć minut. Atmosfera coraz lepsza, czekam, aż ktoś wyjmie połówkę. Negocjacje z konduktorem, żeby nas wypuścił, a do miasta dojdziemy z buta, daleko nie jest. Naprędce zorganizowana wysiadka, mężczyźni pomagają kobietom, młodsze dziewuchy prowadzą starsze pod rękę, kanar pozdrawia wszystkich wysiadających i przeprasza za kłopot.

Szok. Niedowierzanie. Pociąg, który był jadącą bombą zegarową, jednym wielkim kłębkiem nerwów, skończył podróż niemal jak specjalny melanżobus wiozący roześmianych imprezowiczów na podmiejską dyskotekę.

Morał? Raczej pytanie. Dlaczego jednoczymy się tylko, gdy jest nam źle, gdy coś się nam wspólnie nie udało, gdy dzieje się coś w teorii nieprzyjemnego? Dlaczego jesteśmy życzliwi, otwarci i sympatyczni wyłącznie w sytuacjach „oblężenia”? Czemu nie możemy dowcipkować i żartować upychając się w pociągu, walcząc o miejsca siedzące i roztasowując w kolejce w toalecie, a nie dopiero wówczas, gdy nasz kolejowy przyjaciel zalicza awarię?

Jestem pewny, że też widzieliście to tysiąc razy. To fenomenalne odmienienie sztywnych, ponurych i wkurwionych ludzi, gdy tylko pojawia się jakiś problem. Psia krew, przecież to dowód, że można! A skoro można – próbujmy tego na co dzień, nie tylko, gdy w pociągu wysiada prąd. Warto.

Komentarze


Tagi: , , , , ,



Back to Top ↑