Może i „Nowe porządki”, ale film wcale nie pozamiatał

Opublikowano Styczeń 26, 2016 | przez lucky bastard

Jak myślicie, dlaczego tak bardzo czekaliśmy na ten film? Czy dlatego, że sensacyjny obraz z Lindą to pewniak? Może i po części tak, ale to raczej ślepy strzał. A może dlatego, że w Polsce brakuje filmów o policji? No też jakoś tak nie. Zachęciło nas nazwisko reżysera? Znów pudło. Jeśli obgryzaliśmy paznokcie w oczekiwaniu na tę produkcję to tylko dlatego, że to kolejna część kultowego (nie boimy się tego słowa) „Pitbulla”. Wprawdzie bez „Despera”, ale z plakatów świeciły twarze „Barszcza”, „Goebbelsa” i „Igora”, więc na pozór wyglądało to całkiem nieźle. Producenci zrobili wszystko byśmy idąc do kina uwierzyli, że wybieramy się na kolejną część wziętego serialu. Tymczasem…

a)      albo pomyliliśmy salę,
b)      to był zwykły film, do którego na siłę ktoś wcisnął kilka pitbullowskich wątków.

„Igor” jest wepchnięty do filmu totalnie bez pomysłu, jego roli równie dobrze mogłoby nie być, bo wpływ na fabułę ma mniej więcej taki jak siedzący obok nas koleś mlaskający popcornem (pojawił się na ekranie na jakieś trzydzieści sekund). Barszczyk? No był sobą, to wciąż pierdołowaty przełożony w dawnym stylu, ale widzieliśmy go na ekranie ledwie cztery razy (liczyliśmy), czyli tyle co nic. Posłużył co najwyżej jako pretekst do kilku żartów. „Goebbels”? No niby pojawia się w tym filmie najczęściej ze starej gwardii, ale też ciężko napisać, że grał w nim pierwsze skrzypce.

Jak w tytule: nowe porządki.

Z jednej strony – okej, czekaliśmy na jakieś zmiany, na nowe postaci, tak jak w drugiej serii pojawił się wspomniany „Igor”, a w trzeciej na ekranie oglądaliśmy nieobliczalnego „Łapkę”. Ale tu nie było uzupełnienia składu, ale prawdziwa rewolucja kadrowa. Piłkarska metafora jest nieprzypadkowa – miejsce w pierwszym składzie przypadło Marcinowi Wasilewskiemu:

wasilewski (2)

Pitbullowski klimat – w szczątkowych ilościach. Nie ma mistrzowskich gadek biurko w biurko, nie ma urokliwego jeżdżenia do trupów, nie ma kręcenia beczki z niekumatych przełożonych i błyskotliwego narzekania na śmieszne zarobki (500zł nagrody za odmówienie 50 tysięcy dolarów łapówki, pamiętacie?). Jest niezłe, dynamiczne kino akcji, ale „Pitbulla” w tym tyle, co baraniny w kebsie u Turka.

Co nas trzymało przy ekranie? Smaczki, pojedyncze scenki, wybrane dialogi, w których nie brakowało ani humoru, ani sadyzmu. Cała fabuła służy wyłącznie po to, by film nie był kompletnie z czapy. Widać, że Vega ma kapitalne pomysły na pierdyliard pojedynczych scen, ale trochę pogubił się, kiedy trzeba było to wszystko spiąć jakąś klamrą.

Ogromny plus – kreacje aktorskie. Praktycznie wszyscy wywiązali się ze swojej roboty po mistrzowsku. Marcin Wasilewski Piotr Stramowski – mocny kandydat do debiutu roku. Linda – jak za starych, dawnych lat (idziemy o zakład, że rola była pisana pod niego). Grabowski – znakomity. Ostaszewska – czarująca. Czeczot – mistrz (mimo że jego postać to zgrana płyta, wzorowy syn okazujący się w rzeczywistości chłodnym skurwielem w filmie akcji, no coś takiego). Dygant – myśląc o niej już nie będziemy mieli w głowie jakichś durnych serialików, lecz brudną, pełnoprawną rolę.

Jeżeli zamierzacie się wybrać na ten film, to zapomnijcie o pierwszej części tytułu, a oszczędzicie sobie rozczarowań. Może i „Pitbull. Nowe porządki”, ale ciężko powiedzieć, że film pozamiatał.

Komentarze

Marcin Wasilewski
Ilość krwi
Ilość "Pitbulla" w Pitbullu
Kretynizm Marcina Opałki

Podsumowanie: Filmu nie docenią fanatycy poprzednich serii. Trudno oprzeć się wrażeniu, że producenci wydymali ich na kasę. "Świeżym" widzom pewnie się spodoba.

3.3


Ocena użytkowników: 3.4 (30 głosów)

Tagi: , , ,



Back to Top ↑