Możecie mi skoczyć, spędziłem noc z Iron Manem

Opublikowano Maj 11, 2013 | przez MB

iron man

Piękne kobiety, mocny alkohol, wystawne przyjęcia, najlepszy superbohater. Niestety, wszystko tylko na ekranie. Dostałem prezent od dziewczyny – Nocny Maraton Filmowy z Iron Manem i premiera trzeciej części serii. Grzechem byłoby nie skorzystać.

Szczerze mówiąc spodziewałem się małego Comic-Conu. Z co najmniej czterech powodów: „Iron Man”, „Iron Man 2”, „The Avengers”, „Iron Man 3”. Ale takie rzeczy, to chyba tylko w Stanach. We Wrocławiu zaledwie dwie koszulki.  Zero kosmitów, zero przebierańców, zero geeków. Normalni kolesie, normalne laski. Nudy.

Za to dużo dzieciarni. Późna podstawówka, wczesne gimnazjum.

Przed seansem szybkie zakupy: litrowa Coca-Cola i energetyk. Wyborne wyposażenie. Nie za dużo, nie za mało. Wystarczająco, żeby się naćpać, ale też nie latać co chwilę do kibla. By nie kusić losu, darowałem sobie wszelkiego rodzaju przekąski, a między pierwszym, a drugim filmem zjadłem jedynie skromnego hot-doga, którego cena ze skromnością miała już niewiele wspólnego.

Pierwsze trzy filmy miałem obcykane na blachę, więc cały mój pobyt w Multikinie był skoncentrowany wokół jednego tylko celu: premiery „Iron Man 3”. Droga do niej nie była wcale bezbolesna, bo choć Tony’ego Starka kocham bardziej niż własną wątrobę, to przetrwać w kinie dwanaście godzin nie jest łatwo. Człowiek zaczyna odczuwać zmęczenie i woń nieświeżego ciała. Chętnie by spierdolił pod prysznic i do wyra, ale tak nie można, bo na maratonach trzeba być twardym. To nie miejsce dla mazgajów. I, prawdę mówiąc, dezerterów było stosunkowo niewielu. Bezpośrednio zlokalizowałem jedną tylko dziewczynę, która wymiękła w połowie „Avengersów” (decyzja co najmniej durna, bo wyszła tuż przed najważniejszym filmem wieczoru i całego dziesięciolecia, amatorka).

ENEMEF rozpoczął się o 22:00. „Iron Mana 3” zaplanowano na 5:19 (prawie jak walka Andrzeja Gołoty z Lennoxem Lewisem). Kto nie widział jedynki, dwójki i Mścicieli, koniecznie musi odrobić zadanie domowe, bo tutaj streszczenia nie znajdzie. Jedynie nieobiektywny zachwyt autora. W stosunku do trzeciej części pozostanę jednak rzetelny. I od razu – z ciężkim sercem – napiszę, że uczucia mam mieszane.

To, co najlepsze w Iron Manie, jest. Nieodparty urok Roberta Downeya Jr, błyskotliwe dialogi, rozkładające na łopatki poczucie humoru, blichtr, akcja (kilka scen powala: nalot na posiadłość Starka, Iron Man ratuje trzynaście osób, które wypadły z samolotu, armia Iron Manów). Jest poczciwa Gwyneth Paltrow, wiadomo, są Don Cheadle i zawsze zajebisty Guy Pearce w roli Aldricha Killiana. Rebecca Hall jako Maya Hansen ujdzie w tłoku. Schody zaczynają się dopiero, kiedy wspomnimy o Mandarynie.

Świetnie zagrany przez Bena Kingsleya, odwieczny i najsilniejszy wróg Iron Mana został sprowadzony do roli zwykłej popierdółki. Według scenarzystów trójki Mandaryn to podstawiony aktor będący marionetką w rękach Killiana. Odnośnie tej postaci również można mieć kilka zastrzeżeń. Ok, koleś zajmował się genetyką i odnawiał ludzkie kończyny. Za cholerę jednak nie wiadomo, dlaczego osoby poddane eksperymentowi zyskiwały nadludzką siłę, umiejętność topienia przedmiotów i zionęły ogniem. Film tego nie tłumaczy, dlatego widz może być trochę zagubiony.

Zgubić się można też w ilości efektów specjalnych, które nagromadzono z myślą: im wyższy numerek przy tytule, tym eksplozji musi być więcej. Ten sam błąd popełnili niegdyś twórcy serii „Obcy”, kiedy to w czwartej części na jeden metr kwadratowy przypadało sto potworów. Przez to „Iron Man 3” ociera się o apokaliptyczny patos, którego w poprzednich dwóch częściach udało się uniknąć.

Jedynka i dwójka podobały mi się tak bardzo, bo były surowe i proste. Na szczęście sam Tony Stark jest tak samo ludzki jak był wcześniej. Zdarzają mu się głupie wpadki, wlecze za sobą zbroję, co rusz się potyka, a nawet łapie doła i bywa zazdrosny. Zawsze jednak dba o mocne wejścia w rytm podniosłej muzy. I to jest naprawdę cool.

„Iron Mana 3” ciężko jednoznacznie ocenić. Jest dobry i zły zarazem. Momenty wielkie i absolutnie zabójcze przeplatają się ze sporymi niedociągnięciami i banałem. Role dobre i role obojętne. Postaci wyraziste, ale i przekombinowane. Luz i błyskotliwość kontra duszny klimat. Jak powiedział mój kolega, mocna szóstka. Ze względu na Downeya Jr – siódemka. Ze względu na sentyment – dziesiątka z serduszkiem.

Trzecia część filmu , mimo wszystko, jest warta dwunastu godzin w kinie i samotnego powrotu o siódmej nad ranem. Mega dobry klimat i dogłębne podsumowanie zajebistej historii wraz z pełnym przekrojem umiejętności znakomitego aktora. Mogłem umoczyć mordę w klubie, mogłem na domówce. Gdybym jednak przegapił ten maraton, miałbym znacznie większego kaca.

Komentarze


Tagi: , , ,



Back to Top ↑