„Must Be The Music” – program, który lansuje najbardziej nijakie gwiazdy

Opublikowano Maj 26, 2014 | przez MB

sachiel

Zwycięzcą siódmej edycji programu „Must Be The Music” został zespół Sachiel. Wróżymy mu taką samą karierę jak poprzednikom – mizerną.

Program „Must Be The Music. Tylko muzyka” ma kilka niewątpliwych zalet. Jego formuła jest szeroka i zakłada udział każdej formy muzycznej aktywności: solistów, zespołów, instrumentalistów. Jest dobrze zrobiony, sprawnie realizowany, show na wysokim poziomie. Ponadto para błyskotliwych prowadzących oraz jury, o którym można powiedzieć „kompetentne”.

Niestety, wybory tych ostatnich wydają się największym mankamentem. Świadczą o nieznajomości współczesnego rynku muzycznego. Świeżymi, nowymi, nowatorskimi i niespotykanymi często nazywane są zespoły kopiujące muzykę zachodnią i to w dodatku nieudolnie. Program można pochwalić za stylistyczną rozpiętość, ale po siódmej edycji za jakość wciąż nie. Finałowe dziesiątki obstawione są popem, reggae, rapem, ska, jazzem, rockiem, czasem muzyką bardziej ekstremalną (Eris Is My Homegirl, The SixPounder), jednak za każdym razem nie jest to najwyższa klasa rozgrywkowa. Rotten Bark, Bruk Braders, Atmasfera, MashMish, Iwona Kmiecik, Lachersi, Hoyraky, Beer Coaster – to zaledwie kilka nazw i nazwisk, które po czasie nic Wam nie mówią.

Sachiel z kolei to najwyżej przeciętny rap. Członkom grupy brakuje stylu, flow i porządnych beatów. W środowisku hiphopowym najprawdopodobniej cieszą się takim samym uznaniem jak Gosia Andrzejewicz. Swoją publiczność, owszem, znajdą, ale będzie to ten sam typ odbiorcy, który śledzi poczynania poprzednich zwycięzców „MBTM”.

enej2

Największą karierę niewątpliwie robią zespoły Enej i LemON (odpowiednio pierwsza i trzecia edycja). Ich „Radio Hello” oraz „Będę Z Tobą” to wielkie hity, ludzie walą na koncerty drzwiami i oknami, płyty się sprzedają, wszystko hula. Problem jest jedynie taki, że muzycznie to ta sama utarta śpiewka, a od uczestników innych talent show, np. Dawida Podsiadło czy Tomka Makowieckiego, dzieli ich ogromna przepaść. Laureaci X Factora czy Idola odbierają najbardziej prestiżowe nagrody w kraju i nagrywają wysmakowane płyty,  popularność finalistów „MBTM” to sława w supermarketach, fast foodach i przy grillu. Przaśność, schematy, banał.

Gwiazdy „Must Be The Music” docierają do najmniej wyrobionego i mało wybrednego słuchacza. Odbiorcy, który ceni sobie przede wszystkim potupajki i zgrabne melodie (jurorzy najczęściej takie kapele przepuszczają pod hasłem „czad i energia”). Albo to, co już zna. Dlatego tak dużą rolę w programie odgrywają młode zespoły rockowe sięgające do muzyki lat 70. i 80., a laureatem czwartej edycji został, skądinąd bardzo zdolny, Tomasz Kowalski. Bo kto nie lubi Dżemu i Perfectu? Po programie odcina kupony na festynach.

kowalski

W tym momencie najprawdopodobniej gra koncert na Dniach Rybnika.

„Must Be The Music” nie czuje potrzeb rynku a sezonowa popularność oraz dobre wrażenie z programu nie przekładają się na płodność artystyczną i charyzmę. Laureaci są skazani na grywanie po Juwenaliach, Bachanaliach, Hitach na czasie, Sylwestrach z Dwójką i Święcie Kartofla. Na co dzień z kolei może ich usłyszeć wyłącznie zwolennik Eski, w najlepszym wypadku RMF FM. Co do płyt, to po pierwszym boom na krążek zwycięzcy „MBTM”, albumy lądują na przecenach w galeriach handlowych i wielkich koszach „CD od 9.99”, obok cygańskich przebojów i muzyki biesiadnej.

Największym grzechem uczestników programu jest ich nijakość, miałkość. Nie da się ich zapamiętać. Poszczególne edycje praktycznie niczym od siebie się nie różnią. Wyluzowana kapelka, trochę czadu, rytmy reggae oraz powtarzalni jak dzień świstaka wokaliści. Oprócz wyżej wymienionych z pamięci jesteśmy w stanie wymienić jeszcze tylko Oberschlesien (ze względu na charakterystyczną nazwę) oraz duet Piotr Szumlas i Jakub Zaborski, bo byli naprawdę dobrzy. Reszta przepadła bez wieści. Stała się szarą masą wtopioną w komercyjny format, z którego siłą wydarły się tylko dwa zespoły: Katedra i FairyTaleShow.

„Must Be The Music” szczyci się tym, że stawia na własną twórczość, co jurorzy podkreślają w każdej swojej wypowiedzi. Problem w tym, że ta twórczość jest albo podwórkowa albo przaśna. Trochę jakby show Polsatu było skierowane w stronę Polski B, Polski, która muzyki słucha tylko w trakcie sprzątania albo takiej „co akurat w radiu poleci”. Bez wyrobionego gustu, z sentymentem do starych czasów albo tej gimnazjalno-licealnej przechodzącej etap buntu po nic, gdzie wyjazd na Woodstock to szczyt marzeń.

Sachiel nieco z tego obrazu się wymyka, bo to bądź co bądź rap. Ale pamiętajmy, że rap to podobno też Verba, Mezo i Doniu…

Komentarze


Tagi: , , , , , , , , , ,



Back to Top ↑