Muzyk z filharmonii w Polsce = biedak

Opublikowano Grudzień 12, 2014 | przez ZP

filharmonia narodowa_2006386

Rzadko daje sobie wcisnąć w ręce dziennik „Metro”. Niemal zawsze mam w torbie coś ciekawszego do czytania, dlatego przeważnie grzecznie odmawiam zmarzniętym osobnikom, którzy na dużych skrzyżowaniach rozdają tę gazetę. Jednakże wczoraj, kiedy szedłem na przystanek autobusowy, wyjątkowo byłem pozbawiony jakiejkolwiek lektury, w związku z czym z chęcia przyjąłem od smutnego (bo zmarzniętego) roznosiciela wspomniany tytuł.

To była dobra decyzja – już po pięciu minutach zagłębiłem się bowiem w lekturę artykułu, który mną wstrząsnął. Jasno wynika z niego, że dyplomowany muzyk z polskiej filharmonii średnio zarabia mniej niż… kierownik w „Biedronce”. 3700 brutto – to pensja artysty. 4000 – tyle wynosi kasa szefa zmiany w markecie. Ta różnica kłuje w oczy szczególnie mocno wtedy, gdy człowiek zastanowi się nad sprawą poważniej.

By dojść do poziomu pracownika Filharmonii Narodowej w Warszawie, muzyk musi ćwiczyć. Całymi godzinami. Dniami. Latami. Kiedy normalny obywatel idzie na imprezę posmakować alkoholu – muzyk rzępoli. Gdy następnego ranka leczy kaca – muzyk nadal próbuje. Kiedy już poczuje się lepiej i walnie klina, a potem wybierze się do kina na odstresowujący seans, nieszczęsny artysta nadal będzie zagłębiony w nutach.

To ciężka praca, dlatego należałoby ją docenić. Zresztą są kraje, które potrafią odpowiednio nagrodzić filharmoników. W takim Berlinie przeciętna płaca dla muzyka to trzy tysiące euro miesięcznie. Godnie zważywszy na to, ile życia trzeba było poświęcić, aby wejść na tak wysoki poziom. Umówmy się: żeby zostać kierownikiem w Biedronce, nie trzeba mieć aż takich kwalifikacji. I umiejętności. Wystarczy być w miarę wygadanym, przebojowym i za bardzo się nie lenić.

Od 2003 roku powstawały i padały rządy. Rodziły się i umierały polityczne gwiazdy. Polska zmieniała się bardzo, jedno tylko pozostawało constans – pensja nieszczęsnego filharmonika. To właśnie wtedy po raz ostatni otrzymał on godną podwyżkę. Od tej pory – bida z nędzą.

Czy w tej sytuacji może dziwić, że muzycy zaczęli chałturzyć? „Metro” donosi, że zdarza im się uczyć w szkołach czy w domach kultury, co w sumie jeszcze można jakoś zrozumieć, powiedzmy, iż z tą robotą wiąże się nie tylko dodatkowa kasa, ale i misja, polegająca na rozbudzaniu u młodzieży miłości do muzyki. Ale już sytuacje, w których artyści… jeżdżą taksówkami, aby przetrwać są patologią. Owszem, mogliby się w nich znajdować, ale jako pasażerowie, udający się na koncert, a nie w roli kierowców. A tak niestety również bywa…

Co więc należy z tym fantem zrobić? Ano strajkować! Agorowy dziennik informuje, że muzycy są już mocno zdesperowani i rozważają wykonanie spektakularnego ruchu, o którym głośno będzie w mediach. Jedna opcja to ostentacyjne przerwanie koncertu i wręczenie dyrektorowi stołecznej filharmonii pisma, w którym wyrażają swoją złość na zaistniałą sytuację. Nie wiem jednakże, czy wrażliwym artystom wystarczy stanowczości, by w ten sposób oznajmić światu, że są już zmęczeni i zdesperowani.

Lepszym rozwiązaniem wydaje się pomysł numer 2, polegający na udaniu się pod ministerstwo kultury. Tam nie doszłoby jednak do niczego skrajnego w stylu palenie instrumentów, nie, spokojnie, filharmonicy zamiast je rozwalać po prostu zagraliby coś naprawdę smutnego, jak na przykład „Marsz żałobny”. To zacna idea, podejrzewam, że gdyby Fryderyk Chopin stąpał jeszcze po tym łez padole, to na pewno zgodziłby się na wykorzystanie swojego utworu w tym szczytnym celu. Ba, niewykluczone, że spontanicznie sam ruszyłby na czele grupy smętnych muzyków, dodając im siły i otuchy swoją genialną postacią!

Komentarze


Tagi: , , , , ,



Back to Top ↑