Muzyka absolutna: The Dillinger Escape Plan

Opublikowano Maj 18, 2013 | przez Diabeu

DEP_lighterBKG-2

„Muzyka absolutna” będzie moim małym muzycznym cyklem na Wyszło. Na pierwszy ogień idzie najlepsza koncertowa kapela na świecie, która swego czasu przetarła nowe szlaki w muzyce metalowej. Goście z The Dillinger Escape Plan wydali właśnie nową płytę i są bezlitośni jak zawsze.
Na początek mała ciekawostka: Ben Weinman, gitarzysta, założyciel, lider, główny kompozytor i po prostu mózg The Dillinger Escape Plan to chyba najczęściej kontuzjowany muzyk na świecie. Dlaczego? Bo jego kapela to żywa petarda, która na koncertach po prostu roz-pier-dala i daje takie show, że kobietom w ciąży mogą odejść wody.

Dlatego podczas występu Ben niekiedy złamie obojczyk, niekiedy wyskoczy mu dysk, a niekiedy rozetnie sobie twarz i zaleje się krwią, ale nawet mimo tego nigdy nie przestaje być totalnym świrem na scenie. Jak sam mówi, „koncert, w którym on i jego ekipa nie dadzą z siebie 110% mocy, będzie koncertem straconym”. Nie bez przyczyny magazyn Kerrang! nazwał Dillingera „najniebezpieczniejszą grupą” i „najlepszym koncertowym zespołem świata”. Zresztą, sami zobaczcie próbkę ich możliwości.

 

Nieźle, co? Należę do grona szczęśliwców, którzy mieli okazję zobaczyć ich na żywo na wspólnym koncercie ze Szwedami z Meshuggah w warszawskiej Progresji. I muszę przyznać, że był to zdecydowanie najgorętszy i najbardziej intensywny koncert w moim życiu. Tego dnia pierwszy raz byłem świadkiem sytuacji, w której stojący pod sceną ochroniarze – wielkie, grube karki o twarzy nieskalanej myślą – autentycznie mieli respekt do artystów, byli przestraszeni tym co działo się na scenie i próbowali chronić własne głowy swoimi wielkimi, spuchniętymi łapskami. To był rozpierdol przez duże „R”.

A teraz wyobraźcie sobie, że Amerykanie każdego roku grają setki koncertów i każdy z nich wygląda podobnie. Aktualną okazją do koncertowania jest nowa, wydana przed zaledwie dwoma dniami płyta pod tytułem One of us is the Killer. To już piąty długogrający album w dorobku tego zespołu, ponownie zabierający słuchacza w rejony muzyki, których raczej nie odwiedzi w towarzystwie innej kapeli z tej planety. Nikt bowiem w tak udany sposób jak Dillinger nie łączy chaosu z precyzją, melodii z jazgotem, napierdalania z harmonią czy wreszcie – metalu z jazzem.

The Dillinger Escape Plan – One of us is the Killer. Słucham tego w kółko od kilku dni i jestem oczarowany, wzruszony, zdemolowany dźwiękiem. Czego i wam życzę, bo to bardzo przyjemne uczucie. Warto posłuchać i przekonać się, że (i teraz niektórzy pewnie zarzucą mi truizm) muzyka metalowa ma bardzo wiele twarzy, a jej prawdziwymi mistrzami wcale nie są Iron Maiden i Metallica.

 

PS. Przypomniała mi się taka anegdota. Jeden z moich kolegów po powrocie z „Metalmanii” opowiedział mi o grupie tak zwanych metalowych ortodoksów w naszywkach, długich włosach i dżinsowych kurtkach (wiadomo, o jaki typ człowieka chodzi), którzy czekając na Megadeath, przed koncertem The Dillinger Escape Plan wykrzykiwali do zespołu złote sentencje pokroju „WY-PIER-DA-LAĆ”. Żałosne. Oni najzwyczajniej w świecie nie rozumieją tej muzyki i nie potrafili jej zaakceptować tylko dlatego, że jest inna, pozbawiona kultu szatana i całej tej beznadziejnej otoczki, która, nie wiedzieć czemu, kojarzy mi się z noszeniem ciężkich butów przy 30 stopniach w plusie. Właśnie dlatego – jeśli już miałbym stanąć po którejś ze stron, a zwykle nie staję po żadnej – to „wypierdalałbym” razem z gośćmi z Dilligera. I tylko patrzył, jak te zjeby znikają na horyzoncie.

Komentarze


Tagi: , , ,



Back to Top ↑