Na Łotwie kije bejsbolowe w zupełności wystarczą, czyli jak piłem z ruską mafią

Opublikowano Wrzesień 16, 2013 | przez Lasu

Daugavpils-Akademik-1024x768

Erasmus – kto nigdy nie był, albo chociaż nie imprezował z ludźmi z tegoż, ten tak naprawdę nigdy nie studiował. Generalnie wszystkie historie jakie słyszycie od dzieciaków, którzy w ramach tego programu wyjechali na zagraniczne uczelnie, to prawda. W zasadzie twoim największym zmartwieniem będąc jednym z „wybrańców” jest to, żeby z unijnych pieniędzy nie brakło ci na imprezowanie i opłacenie akademika.

Na większości uniwersytetów zakwalifikowanie się do wyjazdu graniczy z cudem ze względu na liczbę chętnych osób. Warunek jest prosty – jadą najlepsi. Choć w tym, co robię wcale nie jestem najgorszy, to jednak nade mną znajdowała się masa studentów z lepszymi wynikami. W takich okolicznościach o zostaniu jednym z Erasmusów mógłbym jedynie pomarzyć, lecz na mojej uczelni sprawa wyglądała nieco inaczej. Zadziałała prosta zasada psychologii tłumu.

– W poprzednich latach zainteresowanie wyjazdem na studia za granicą na moim wydziale było tak ogromne, że w tym roku nawet nie opłaca mi się składać papierów – pomyślała jedna, dwie, a w końcu tysiąc osób. Liczba studentów chętnych do wyjazdu była tak mała, że trzeba było zorganizować coś, co w poprzednich latach wydawało się niepojęte – drugi nabór.

W moim przypadku wszystko zaczęło się, kiedy pierwszego dnia po wielkanocnym długim weekendzie wpadłem na Robercika, kumpla z roku.

– Lasu, jedziemy na Erasmusa? Są jeszcze wolne miejsca. Byłem przy tablicy ogłoszeń i…

– Tak.

Tyle mniej więcej zastanawiałem się nad tym, czy warto. Bardzo w tamtym czasie potrzebowałem zmiany otoczenia i klimatu. W tym miejscu rozpoczynał się mój krótki, acz bardzo interesujący etap w życiu.

Jako fanatyk piłki nożnej wybór swojej nowej, tymczasowej uczelni uzależniałem od tego, w jak atrakcyjnym futbolowo mieście się znajdę. Do wyboru miałem między innymi Stambuł (Galata, Fenerbahce, Besiktas – mówi samo przez się), europejskie puchary w rumuńskim Cluj-Napoka, czy chociażby Salerno, w którym de facto nie ma wielkiej piłki, ale grupa ultras tamtejszej Salernitany jest znana w całej kibicowskiej Europie.

Jednak moje plany zweryfikowały czynniki dużo poważniejsze…

Daugavpils, lub jak kto woli Dyneburg. Drugie co do wielkości, po Rydze, miasto Łotwy (Ryga – ok. 700 tys. mieszkańców, Daugavpils – nieco ponad 100 tys. Gigantyczny przeskok). Kogo interesuje notka historyczna miasta odsyłam do wujka Google.

Dlaczego akurat tam? Przecież piłka nożna na Łotwie jest tak popularna jak w Polsce chociażby szachy (wymieńcie z głowy przynajmniej trzech polskich szachistów… no właśnie). W grę weszło kilka przeważających szalę czynników.

Pierwszy to taki, że tylko na wyjazd na tamtejszą uczelnię były wolne dwa miejsca. Jako, że w kupie raźniej, zdecydowaliśmy z Robercikiem, że wyjedziemy gdzieś wspólnie.

Drugim czynnikiem był brak różnic programowych między uczelniami. Przedmioty w Polsce w pełni pokrywały się z przedmiotami na Łotwie. Mniej rzeczy do nadrabiania = dłuższe wakacje. Prosty rachunek.

Czynnik trzeci i najważniejszy – charakterystyczni mieszkańcy. Daugavpils, podobnie jak cały region Latgalii, jest miejscem mniejszości rosyjskiej. Łotysze stanowią tam niespełna 17% populacji. Po rosyjsku mówi się tam na ulicach, w barach, kawiarniach, sklepach, urzędach, nawet filmy w kinie są dubbingowane na język rosyjski. Po rozpadzie Związku Radzieckiego ktoś postawił granicę o 50 km za daleko, a co za tym idzie rodowici Rosjanie nie wjadą do swojego ojczystego kraju bez wizy – taki chichot losu.

Dla mnie, studenta filologii rosyjskiej, ten kierunek miał się okazać językowym strzałem w dziesiątkę. Angielskiego nie nauczyłem się przez 11 lat siedzenia w szkolnej ławce tak dobrze, jak przez 10 dni pobytu za granicą – w tym przypadku miało być dokładnie tak samo.

Na Łotwie rok akademicki rozpoczyna się podobnie jak w szkołach – 1 września. Ja ze względu na „kampanię wrześniową” do Daugavpils dotarłem równo miesiąc później. Na standardowej polskiej uczelni miesiąc obsuwy jest czymś prawie niemożliwym do odrobienia (podkreślam PRAWIE – nie takie rzeczy się zdarzały). Na tamtejszej uczelni nikt nie zauważył nawet, że w grupie na zajęciach brakuje jednej osoby.

Tuż przy wjeździe do miasta przywitał mnie ogromny więzienny moloch przeznaczony dla największych łotewskich wykolejeńców. Na jego tle błyszczały pozłacane kopuły równie okazałego soboru św. Borysa i Gleba. Można by rzec typowo wschodni krajobraz.

Po tygodniu aklimatyzacji i skompletowaniu ekipy mogliśmy rozpocząć erasmusowanie pełną gębą. Polacy, Hiszpanie i Turcy – wszyscy zjednoczeni w akademickiej kuchni w mroźny piątkowy wieczór rozgrzewaliśmy się jeszcze mroźniejszą rosyjską wódeczką.

Przy okazji imprezy żegnaliśmy również Aleksieja. Sympatycznego gościa, który wynajmował nad nami pokój. Następnego dnia o świcie wsiadał w samolot lecący z Rygi do Londynu, gdzie kuzyn załatwił mu robotę na zmywaku.

– Aleks, z tego co mówiłeś, to masz tu narzeczoną. Leci razem z tobą?

– Nie. Zostaje. Jak dobrze pójdzie, zobaczymy się dopiero w przyszłe święta.

– Dopiero!? A co jeśli któreś z was nie wytrzyma tyle czasu?

– No cóż… tutaj i tak się nie da żyć.

Ciężko być Łotyszem.

Moskovskaya skończyła się w tempie ekspresowym. Niestety nie mogliśmy wzbogacić naszych zapasów szybkim wyjściem do sklepu, gdyż w krajach nadbałtyckich od godziny 22 mamy do czynienia z prohibicją. Jedyną realną opcją na dalszą zabawę było wyjście do jakiegoś klubu…

W całej mieścinie były tylko dwa miejsca, gdzie można się wytańczyć, a nie tylko siedzieć przy kuflach. Pierwsze to klub ‘’Taller”- luksusowy wystrój, żywa kapela, ochrona w garniturach. Miejsce, które robi wrażenie, jednak studiujące z nami dziewczyny odradziły tę lokalizację.

– Samo wejście w weekendy kosztuje 7 łatów (42 złote!!!). A poza tym wchodzisz tam, i co? ‘’Cześć mamo, cześć tato, cześć wujku”. Zapędza się tam wyłącznie starszyzna.

Drugą opcją był usadowiony pod gmachem teatru ‘’Bonus’’. I z tego miejsca właściwie zaczyna się cała historia…

Do ‘’Bonusa’’ przychodziła miejscowa młodzież. Z tym, że nikt nie nazywał tego lokalu po nazwie – wśród miejscowych był to ‘’klub latających krzeseł’’.

Z tego, czego dowiedzieliśmy się na uczelni, wynikało, że jak na każdym dobrym staropolskim weselu, tak i tam każda impreza musi się skończyć mniejszą lub większą burdą. Sprzyjał temu fakt, iż na lokal mieszczący około 300 osób było tylko 3 ochroniarzy, którzy w przypadku jakiejkolwiek awantury byli tak samo bezradni. Nie trzeba było specjalnie dedukować żeby dojść do wniosku, że za obcymi tam nie przepadają.

A my co?? Panowie życia i śmierci niekontrolowani przez nikogo i w dodatku prowokowani przez naszego fałszywego przyjaciela o imieniu Ruska Wódka. Nie ma co bawić się z dziadkami – uderzamy do Bonusa.

Grupa podzieliła się na dwie części. Większość zdecydowała się na pójście do Tallera (a co tam. I tak Unia płaci). My, w sile trojga chłopaków i dwójki dziewcząt ruszyliśmy w stronę teatru.

Schodząc po schodach do klubowej szatni miałem wrażenie, że wszyscy się na nas gapią. Niektórzy z was pewnie znają to uczucie – okropieństwo.

Ja przyglądając się miejscowym klubowiczom dostrzegłem specyfikę miejsca, w którym właśnie się znalazłem. Wełniane swetry wciśnięte w obcisłe dżinsy, buty od garnituru, złote kety na szyjach, grzywki cięte od garnka na kartofle i okulary przeciwsłoneczne. Nie, nie. Ciemne okulary nie były hołdem oddanym chłopakom z ‘’Ekipy z New Jersey’’. Miały one na celu nieudolne kamuflowanie fioletowych oczu, będących pamiątkami z poprzednich popijaw.

Mimo ich komicznego wyglądu każdy z tych typów przyprawiał mnie o ciarki na plecach. My w białych koszulach i sportowych butach. Do tego dwie Turczynki o ciemnej karnacji – aż raziło w oczy, że jesteśmy przyjezdni.

Po oddaniu kurtek do szatni i zapłaceniu ochronie „daniny”, ktoś durny wpadł na pomysł, żeby wyjść jeszcze przed klub zapalić. Ja jako jedyny niepalący w ekipie mogłem zacząć szukać wolnych miejsc, wolałem jednak pomarznąć ze swoimi na zewnątrz.

Oparty o betonowy murek, dygocąc z zimna, obserwowałem burzliwe dyskusje moich podpitych współtowarzyszy. Posprzeczali się akurat o jakieś pierdoły, a w takim stanie to wiadomo – im głośniej mówisz tym wydaje ci się, że masz więcej racji.

W czasie kiedy ja zamarzałem, a moi kumple omawiali słuszność kolonizacji Afryki, na parking przed klubem podjechały dwa czarne BMW, z których wysiadło pięciu karków. Same samochody nie zrobiły na mnie wrażenia. Na Łotwie tak naprawdę nic nie znaczysz jeśli nie masz swojej „Bety”. Możesz mieć furę droższą, szybszą i w ogóle może to być Transformers, ale to „ciornyj bumier”, jak mawiają Rosjanie, świadczy o twoim statusie.

W oczy rzucił mi się natomiast ubiór owych karków. Czarna skóra, spodnie na kant, modne sweterki w serek (!) i fryzury nie wyglądające jakby spali w czepkach kąpielowych. Chociaż trochę mniej niż my, to jednak wyróżniali się od reszty.

Przystanęli obok, żeby przed wejściem do klubu jeszcze nakarmić raka. Obserwowałem ich i swoich kumpli, którzy nienaganną polszczyzną dawali znać wszystkim dookoła, że brak wyobraźni nadrabiają promilami:

– Na chuj się odzywasz jak i tak się nie znasz!

– A ty to kurwa jesteś wielki ekspert!

Zauważyłem, że jeden misiek bacznie im się przygląda. Szybko zareagowałem i kazałem im się uspokoić, bo może zrobić się gorąco. Ten, słysząc, że jestem razem z nimi podszedł do mnie i zachrypniętym głosem zapytał:

– Wy… Paljaki?

Gościu był o cała głowę niższy ode mnie, miał lekki brzuszek, wielkie łapy i popularny ABS (Absolutny Brak Szyi). Przełknąłem ciężko ślinę. Nie zdążyliśmy nawet wejść do klubu, a już dostaniemy wpierdol! To byłby chyba rekord tego miejsca. Jednak kiedyś obiecałem sobie, że nigdy nie będę mówił szeptem, gdy mówię skąd jestem. No to teraz mam. Pieprzone ideały.

– Tak, Polacy.

– Ty, Wadim! Zobacz, Polacy – zwrócił się do jednego ze swoich.

– Serio? Tutaj? – podszedł do mnie zdziwiony. Najszczuplejszy z całej bandy. Koleś z gatunku tych wyżyłowanych.

– Co tutaj robicie? – zapytał wyraźnie zdziwiony i podekscytowany.

– Przyjechaliśmy na studia – starałem się zachować spokojny ton.

Spojrzeli na siebie, stojąc chwilę w milczeniu. Po chwili mniejszy z nich wyciągnął do mnie swoją wielką łapę i mówi:

– Lubimy Polaków! Robimy z nimi interesy. Polacy są w porządku, nie jak te skurwysyny ruskie!

Na początku uznałem to za mało śmieszny żart z ich strony, jednak to święta prawda, że oczy są zwierciadłem duszy. Z twarzy wyczytałem, że ich zamiary, o dziwo, były czyste. Uścisnęliśmy sobie dłonie. Poznałem resztę miśków. Niski, z którym gadałem to Maksim, wyższy blondyn, jak już wcześniej zostało powiedziane, to Wadim. Był jeszcze Dima i dwóch innych „imów”, ale ich już nie spamiętałem.

– W ilu tu przyszliście? – zapytał Wadim.

– Nasz trzech i dwie dziewczyny.

– Posrało was!? Wiecie jak mówią na to miejsce? 

– Tak, tak. „Klub latających krzeseł” 

– Wejdźcie z nami, to wam się żadna krzywda nie stanie.

Po schodach prowadzących w głąb Bonusa schodziłem w trybie slow motion. Wszyscy „tubylcy”, którzy wcześniej patrzyli na mnie jakby chcieli mnie obedrzeć ze skóry, teraz odwracali wzrok i spuszczali głowy. Na kilometr szło wyczuć, że nasi nowi koledzy to ważniaki.

Maksim zaproponował, żebyśmy cała ekipą usiedli z nimi, ale wszyscy z którymi przyszedłem uderzyli już na parkiet i tyle ich było widać. Zostałem sam z nowymi znajomymi.

Dosłownie 30 sekund po zajęciu przez nas loży, przyszła kelnerka z butelką lodowatej Stolicznej, literatkami, lanym piwie dla każdego i… małej Coli. Ktoś przecież musiał być kierowcą.

– Macie kawior do wódeczki? – zapytał Dima.

– Niestety nie – odpowiedziała uprzejmie młoda kelnerka.

– Kurwa, co za dziura – odburknął pod nosem.

Pomyślałem sobie „No właśnie, przecież to jest dziura” i zapytałem Wadima, dlaczego właściwie nie pojechali do Tallera.

– Mamy nie po drodze z właścicielem. Nie będziemy mu zapełniać kieszeni swoimi pieniędzmi.

Logiczne i wymowne.

Między kolejnymi shotami nawiązała się luźna gadka. Skąd ja jestem, skąd są oni, dlaczego język rosyjski i co właściwie robią w Daugavpils. Okazało się, że zatrzymali się tu po drodze z Norymbergi do Petersburga. Zapytałem, jakie to interesy robią z tymi Polakami.

– Takie różne – powiedział stanowczo Maksim, momentalnie ucinając temat.

Im mniej było w butelce, tym bardziej byliśmy zbratani. Wielkie, budzące respekt mięśniaki okazały się ogarniętymi i przesympatycznymi gośćmi. Kiedy wysuszyliśmy już cała butelkę, nie było nic innego jak tylko pójść na parkiet, wytańczyć procenty. Widok leniwie gibających się w takt ruskiego disco miśków był totalnie rozbrajający. Wśród nich królował Wadim, którego taniec polegał tylko i wyłącznie na podskakiwaniu jak sprężynka. Odnalazłem na parkiecie swoich i zaczęliśmy się bawić wspólnie.

– Ładne… te… wasze… Turczynki… – wykrzyczał mi do ucha nie przestający podskakiwać Wadim.

– Chcesz, to zapoznam cię z którąś.

– Nie trzeba… – zmęczony w końcu stanął w miejscu – Wiesz, mógłbym mieć każdą w tym klubie, nawet te twoje Turczynki, ale nie chcę. Spójrz – wyciągnął zdjęcie z tylnej kieszeni spodni – moja żona i dwumiesięczna córeczka. Ładne, nie? – przytaknąłem, jednak na sali było zbyt ciemno bym mógł cokolwiek zobaczyć.

Po około pół godziny tańców zaschło nam w gardłach. Wadim zaproponował żebyśmy poszli usiąść za barem.

– Wadim! Chcesz piwko? – zaproponowałem.

-Njeeee… ja uże najebanyyyyj! – wykrzyczał dumny ze swojej znajomości polskiego.

Zamówił nam po setce. Rosjanie mogą być zbyt pijani na piwo, ale na wódkę nigdy.

– Wadim, już nie dam rady, weź chociaż coś na zagrychę – poprosiłem błagalnym tonem.

Ten spełnił moją prośbę i na całą setę dostałem od barmana na spodeczku od filiżanki pół plasterka cytryny grubości żyletki.

Za przyjaźń polsko-łotewską! … czy tam rosyjską.

Jako, że zarówno ja jak i Wadim byliśmy już konkretnie dziabnięci, rozwiązały nam się języki.

– Wiesz, po co tu przyjechaliśmy?

– Postój w drodze do Petersburga. Już mówiliście.

– Niee… to znaczy, to też. Rzuciło ci się coś w oczy jak pierwszy raz wjeżdżałeś do Daugavpils?-

– Tak. Wielkie, białe więzienie.

– No właśnie! Pojutrze jeden z naszych wychodzi.

– Ile siedział? – teraz już mogliśmy grać w otwarte karty.

– Eee… trzy lata – odparł Wadim, jakby chodziło o turnus wakacyjny.

– A za co siedział? – stawałem się coraz bardziej śmiały w swoich pytaniach.

– Hehe… jak każdy. Za niewinność! 

– I co? Jak wyjdzie to też go zabierzecie do Bonusa?

– Chyba żartujesz. Jedziemy prosto do Petersburga. Ani dnia dłużej w tym smutnym jak pizda mieście.

Późniejsza rozmowa wyglądała mniej więcej tak, że licytowaliśmy się kto kogo bardziej szanuje. Zaprosiłem Wadima na następny dzień na wódeczkę do akademika. Ten dał mi swój numer telefonu i powiedział, że jeśli ktokolwiek tutaj będzie miał do nas jakiś problem, to mam się powoływać na nich. Jako, że moja ciekawość była dużo silniejsza niż stan upojenia, postanowiłem kolejny raz zapytać, czym tak naprawdę się zajmują.

Z bełkotu poważnie już zamroczonego Wadima wywnioskowałem mniej więcej, że zajmują się „sprowadzaniem” z Niemiec luksusowych samochodów i sprzedawaniem ich w Polsce i państwach nadbałtyckich.

Poczułem, że to w końcu dobry moment na zadanie pytania, które chodziło mi po głowie od momentu, jak tylko zobaczyłem ich czarne Beemki parkujące pod klubem. Przysunąłem się bliżej Wadima, tak żeby tylko on mnie usłyszał.

– A macie w bagażniku… jakieś kałachy?

– Co? Nieee – wypalił wyraźnie rozbawiony pytaniem.

Przysunął się z powrotem do mnie.

– Na Łotwie kije bejsbolowe w zupełności wystarczą.

Obudziłem się w swoim łóżku w akademiku około godziny 15stej. Jedyne, na co zebrałem siły, to pójście do toalety żeby się wyrzygać i wrócić pod kołdrę. Robercik siedział przy swoim laptopie plecami do mnie popijając wodę.

-Robertos…- wymamrotałem- jak wczoraj dotarliśmy do akademika?

Robercik obrócił się powoli w moją stronę z grobową miną. Wystarczyła jednak sekunda – widząc to, co ze mnie zostało, wybuchł głośnym śmiechem.

– Staryyy! My wychodzimy z klubu, a ciebie już nie ma. Wracamy koło torów tramwajowych, a tu ty w samej koszuli, z kurtką w ręce i idziesz środkiem ulicy jak panisko. Podbiegam do ciebie, a ty coś gadasz, że bujasz się z ruską mafią, że nikt cię już tutaj nie ruszy i że cały Bonus może ci buty lizać. Gadałeś też całą drogę, że Wadim przychodzi dzisiaj do nas na wódeczkę.

Cholera, Wadim. No przecież go zapraszałem. Z największym trudem udało mi się napisać mu sms’a, że nie czuję się najlepiej i tę wódeczkę trzeba przełożyć. Po paru godzinach otrzymałem odpowiedź ‘’Zdrovia bratan!’’

Nigdy później nie mieliśmy okazji się spotkać. W Bonusie też już się więcej nie pojawiłem, gdyż na sam widok tego miejsca miałem odruchy wymiotne. Robercik wybrał się tam jeszcze raz, jednak, tak jak przewidywałem, musiał uciekać w popłochu w trosce o swoje uzębienie. Co prawda powoływał się na Wadima, tak jak mu to poleciłem… no ale co trzeci koleś w tym mieście ma tak na imię więc próba, delikatnie mówiąc, spełzła na niczym.

Po powrocie do Polski spotkaliśmy się na uczelni w gronie Erasmusów, którzy powracali ze wszystkich zakątków Europy żeby wymienić się wrażeniami.

– My w każdy weekend płynęliśmy promem na Maderę żeby posurfować! – chwaliła się znajoma erasmusująca w Porto.

– Ja widziałam na własne oczy prawdziwą Corridę! – wtórowała druga, będąca w Maladze.

– My po każdych zajęciach do wieczora leżeliśmy na plaży i piliśmy drinki – szczycił się kumpel studiujący w Bari.

– A Ty Lasu? Co Ty takiego robiłeś w tym Du.. Dva… Długopis??

– Ja? Ja piłem wódkę z ruską mafią.

Przebijcie to!

Komentarze


Tagi: , , , , , ,



Back to Top ↑